Niezły potworek mi się trafił. Chęć wypróbowania czegoś nowego sprawiła, że zdradziłam mój ukochany tusz Lovely Curling Pump Up i mam za swoje. Niechlubnym bohaterem dzisiejszego wpisu jest tusz Maybelline the Rocket Volum' Express. Obecnie furorę na blogach robi jego młodszy brat, ja już sobie dam spokój z eksperymentowaniem z tą marką ;)
Seria grubasków Maybelline jest powszechnie znana. Opakowania są przyjemne dla oka, powyższa rakieta szczególnie przyciąga wzrok mocnym kolorem. Jednak to i tak nic, w porównaniu z wrażeniem jakie robi wielkość szczoteczki. A może powinnam napisać szczoty?
Krótkie włoski oraz wielkość szczotki nie ułatwiają manewrowania. Na początku, kiedy tusz był jeszcze świeży i bardzo wilgotny, nawet nie próbowałam malować oka bez uzbrojenia się w kilka chusteczek. Przez pierwsze tygodnie miałam też problem z wiecznym odbijaniem się tuszu na górnej powiece. Sam efekt też jest wyjątkowo marny. Jak już uda się pomalować tak, żeby nie ubrudzić całego oka, to rzęsy wyglądają mizernie.
Jak widać, rzęsy są posklejane i tylko to daje złudne wrażenie pogrubienia. Choć tusz należy do tych tańszych, to uważam, że i tak szkoda na niego pieniędzy. Wolę moje żółte szczęście z Lovely. Już dziś kupiłam kolejne jego opakowanie, już jutro pójdzie w ruch :)
