niedziela, 27 lipca 2014

Minimalistyczny makijaż na lato

Przy obecnych upałach nawet nie patrzę w stronę podkładów, cieni do powiek, róży czy brązerów. W przypadku trzech produktów, po które w taką pogodę sięgam, ciężko mówić o pełnym makijażu, ale zupełnie mi one wystarczają. Dzięki nim czuję, że wyglądam dobrze, a nie muszę się przejmować spływającą tapetą. Skóra oddycha, filtr chroni ją przed słońcem, a ja nie muszę przy każdym zdjęciu okularów z nosa wycierać ich z podkładu. Kto zapewnia mi takie poczucie komfortu? Ta magiczna trójka:


Tusz do rzęs Curling Pump Up od Lovely totalnie skradł moje serce. To już jego drugie opakowanie, które mam i z pewnością nie ostatnie. Mimo upałów się nie rozmazuje, przez cały dzień pozwala mi sie cieszyć pięknie podkreślonymi rzęsami. Kredka do brwi Catrice w odcieniu 020 Date with As-tone stała się moim totalnym ulubieńcem już jakiś czas temu, nie wyobrażam sobie makijażu bez jej użycia. Pięknie podkreśla brwi i nadaje twarzy o wiele wyraźnieszy wyraz. Z tak obrobionym okiem sięgam już tylko po (najlepszą z jakiej do tej pory miałam okazję korzystać) pomadkę nawilżającą Nuxe Reuve de Miel. Przy mocnym słoncu muszę uważać na usta, ponieważ ekspresowo mi się przesuszają. Ta pomadka jest rewelacyjna, nie dość, że usta chroni, to jeszcze je pielęgnuje. Można na niej polegać, masełka do ust Nivei nie powinny przy niej nawet stać ;)

A z czego się składa Wasz makijaż na upały? ;)

piątek, 25 lipca 2014

Rimmel, Moisture Renew Lipstick, 180 Vintage Pink

Wielokrotnie podkreślałam, że jestem bardziej błyszczykowym niż pomadkowym typem. Moje szminki można policzyć na palcach jednej ręki, a i tak sięgam po nie od wielkiego dzwonu. Niedawno okryłam jednak na nowo jedną z nich, którą kupiłam podczas promocji -40% w Rossmannie. Mowa o nawilżającej pomadce Rimmela w odcieniu 180 Vintage Pink. 


Od razu wpadła mi w oko, gdy kilka lat temu zobaczyłam jej zdjęcia w interecie. Wiedziałam, że prędzej czy później będzie moja, jednak z biegiem czasu przytłaczająca popularność Rimmelowej Airy Fairy wyparła ją z mojej pamięci. Podczas wyprzedaży chciałam kupić właśnie tą drugą, ale (co było łatwe do przewidzenia) została wyprzedana. Wtedy właśnie przypomniałam sobie o Vintage Pink i nie wyszłam ze sklepu z pustymi rękami ;)


Jej kolor to ciemny, pudrowy róż. Pasuje zarówno do delikatnych makijaży jako wyraźny akcent na usta, jak i do ciemnych oczu, dopełniając lekko wampowego stylu. Jej aksamitna konsystencja sprawia, że pomadkę nakłada się bezproblemowo. Co najważniejsze nie przesusza ust oraz równo się ściera. Pod względem technicznym nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia.


Jej kolor przyciąga wzrok i kilka razy dostałam komplement, gdy byłam nią pomalowana (u mnie takie coś jest wydarzeniem, więc tym bardziej zwracam na to uwagę ;)). Sama nie wiem, dlaczego przez taki czas w ogóle nie brałam jej pod uwagę przy malowaniu się. Teraz wręcz jej nadużywam ;)


Jak Wam się podoba? 

środa, 23 lipca 2014

Nowości ostatnich tygodni

Ostatnio wiele blogów przeżywa kryzys, część się przebranżawia. Gdybym miała pisać zgodnie z tym, co obecnie mnie zajmuje najbardziej, to musiałabym stać się budowlaniarką ;) Kosmetyki zdecydowanie zeszły na dalszy plan. Jak już robię jakieś zakupy to są to głównie ciuchy. Moja szafa jest dość nudna, w tym roku postanowiłam więc zaszaleć i kupować rzeczy, których nigdy wcześniej nie nosiłam. W końcu mam kolorowe spodnie, maxi sukienki czy mój dzisiejszy zakup czyli kapelusz, którym chwaliłam się na instagramie ;)

Na szafiarkę przemieniać się nie zamierzam, więc oszczędzę Wam zdjęć moich łupów (a wierzcie mi, że w osiedlowym ciucholandzie znalazłam prawdziwe perełki ;)). Kosmetyków, których uzbierało się kilka jednak już nie odpuszczę. Co ciekawe, cały czas żyłam w przeświadczeniu, że kupiłam może 2-3 rzeczy :D


Arganową maskę do włosów 8w1 Eveline kupiłam w Biedronce za 10zł/500ml. Użyłam jej już kilka razy i póki co nie było efektu wow. Pewnie będzie to kolejny produkt, którego końca nie będę mogła się doczekać. A może ktoś jest z niej zadowolony? W przypadku zestawu składającego się z szamponu i odżywki Garnier z lawendą i różą, który również kupiłam w Biedronce za 10zł, od razu mogę napisać, że to nic dobrego. Szampon okrutnie wysusza włosy i robi z nich jedno wielkie siano, a odżywka nie daje w ogóle żadnego efektu...


Zupełną nowością jest dla mnie diamentowe serum wyszczuplające Eveline, które kupiłam dziś w Rossmannie na promocji za 15zł. Tyle dobrego się naczytałam o tych produktach, że będę mocno zawiedziona gdy nic się nie stanie ;) Wakacje mamy zaplanowane dopiero na połowę września, ale będę się ujęrdniać już teraz :D Zachciało mi się również wypróbować antyperspirant w spray'u Garnier Ultra Dry. Zużyłam już dwa opakowania jego odpowiednika w kulce i byłam bardzo zadowolona. Miałam jednak dość czekania, aż zaschnie pod pachą. Mam nadzieję, że wersja w spray'u będzie równie skuteczna, tylko sprawniejsza w obsłudze ;) Po dłuższej przerwie wróciłam też do mojego hitu, jakim jest masło do stóp o zapachu mięty i limonki Fuss Wohl. Duże opakowanie 200ml kosztuje około 13zł i starcza na długie miesiące. Nic nie działa na moje stopy tak dobrze jak on, każdemu polecam! :)


W końcu kupiłam jakiś inny zmywacz niż kauflandowy. Zmywacz z essence okazał się być bardzo przyjemny, jednak przeszkadza mi jego wielki otwór, przez który leje się za dużo płynu. Z kolei bardzo zadowolona jestem z kremu BB Holika Holika Petit. Nic więcej nie napiszę, będzie osobna recenzja. Kosztował mnie około 30zł na allegro. Ostanią rzeczą z kolorówki, którą kupiłam niedawno jest biały lakier do paznokci Lovely. Póki co tylko go podziwiam w buteleczce, ale niedługo się przełamię i wykorzystam w pełni ;)


Dziś przy okazji zakupów w Biedronce wpadł mi w ręce morelowy peeling Soraja, który kosztował mnie całe 3zł. Szaleństwo ;) Wróciłam też do najlepszego żelu do mycia twarzy, jakim jest kuracja antybakteryjna z Ziai. Bezproblemowo dostępna w aptece koło Hebe za 9zł :) Podmuchem nowości w mojej łazience jest olejek do twarzy z granatem Alterry. Rewelacyjnie spisywał sie u mnie olej kokosowy, zobaczymy jak ten gagatek sobie poradzi. Był tani, bo 30ml kosztowało około 8zł. Opakowanie z pompka spisuje sie póki co świetnie :)

A co Wy kupiłyście sobie ostatnio? Ciuchy, kosmetyki czy jeszcze coś innego? :)

wtorek, 8 lipca 2014

Kreatin Hair Mask Kallos

Pora nieco ponarzekać. Tym razem psy będę wieszać na kreatynowej masce do włosów Kallosa. Kupiłam ją, bo zachciało mi się czegoś nowego. Mam swoje trzy sprawdzone maski, Ziai, Alterry i Kallosa właśnie, ale nie, lepiej przecież robić zakupy w ciemno ;) Pamiętałam, że gdzieś kiedyś przeczytałam pozytywną opinię na jej temat i podczas wizyty w Hebe musiałam ją kupić. Kosztowała niewiele, bo 5zł/200ml. 


Co jej mogę zarzucić? Przede wszystkim to, że praktycznie nie działa na moje włosy. Zachowuję się bardziej jak kiepska odżywka niż maska. W ogóle nie ułatwia rozczesywania, włosy są po niej dziwnie napuszone. Nie zauważyłam żadnego wygładzenia czy odżywienia. Używałam jej zarówno po myciu włosów, nakładałam na suche czy morke włosy przed myciem i zawijałam je w turban, zawsze efekt był równie mizerny. Co gorsza, mam wrażenie, że przez tak kiepską pielęgnację stan włosów się pogorszył :(


Przy takim kombinowaniu na wszystkie sposoby szybko dobiłam dna niedoczekawszy się zadowalającego efektu. Zdecydowanie jej nie polecam. Odsyłam do podlinkowanych na początku wpisu trzech perełek, bo są moim zdaniem najlepsze. Kilka dni temu kupiłam (na fali poszukiwania nowości ;)) arganową maskę do włosów Eveline 8 w 1. Może ona dołączy do mojej złotej trójki ;) Dam znać niedługo!

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Citric Acid, Propylene Glycol, Hydrolized Milk Protein, Hydrolized Keratin, Cyclopentasilioxane, Dimenthiconol, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone

poniedziałek, 7 lipca 2014

Puder brązujący Essence A New Leauge

Chciałabym dziś lepiej pokazać puder brązujący, o którym wspominałam wczoraj w ulubieńcach. Wiem, że pokazywanie czegoś z limitki sprzed blisko dwóch lat jest nieco bezsensowne, ale może komuś przypadkowo wpadnie on w ręce, tak jak to było u mnie ;) 


Puder ten wchodził w skład limitki A New Leauge i jak tylko zobaczyłam jej zdjęcia w internecie to od razu miałam na niego ochotę. Niestety wszędzie byl wyprzedany lub, co gorsze, ze śladami palauchów. Pogodziłam się już z faktem, że nie będzie dane mi go wypróbować. Aż tu nagle na pierwszym spotkaniu blogerek, na którym byłam, w lipcu 2012 roku, otrzymałam go w prezencie! 


Od tamtej pory jest on moim głównym pudrem brązującym. W zeszłym tygodniu dobiłam w nim dna, jestem przekonana, że wykonczę go do ostatniego okruszka. Mozaika kolorów widoczna na zdjęciu bardzo mi odpowiada. Może zamieniłabym jeden ciemnobrązowy romb na jaśniejszy, ale już nie będę wydziwiać. Na początku robiłam sobie nim plamy, ale później gdzieś przeczytałam, żeby zawsze przed nałożeniem rożu czy brązera strzepnąć jego nadmiar z pędzla. Niby pierdoła, ale dla mnie to była prawdziwa rewolucja. Może i musiałam machnać ręką kilka razy więcej, ale za to przestałam być ruską lalą ;)


Jak widać kolory są deliktane, utrzymane w ciepłej tonacji. Nie umiem dobrze konturować twarzy, ale udaje mi się przy jego pomocy uzyskać efekt, który po prostu mi się podoba. A to chyba w makijażu najważniejsze ;)