środa, 15 kwietnia 2015

P2 Volume Gloss Gel Look Polish 095 maid of honor

Lubię próbować lakiery różnych marek. Zazwyczaj już po pierwszej próbie decyduję czy warto pchać się dalej, czy lepiej sobie odpuścić. Póki co jestem największą fanką lakierów Kiko, które królują w mojej kosmetyczce, ale tym razem skusiłam się na coś innego. W Berlinie kupiłam lakier P2 w odcieniu 095 maid of honor. Kosztował śmiesznie mało, ale niestety jego jakość pozostawia trochę do życzenia...


Kolor jest prześliczny! Brakowało mi takiego w mojej kolekcji, ale niestety z samym lakierem się nie polubimy. Do pełnego krycia potrzebne są 4 warstwy, lakier leje się jak woda, o bąbelki bardziej niż łatwo. Na szczęście mimo tylu warstw schnie stosunkowo szybko, jednak z powodu wspomnianych pęcherzyków powietrza trudno o estetyczny efekt. Tutaj do zdjęcia starałam się wyjątkowo mocno, żeby ładnie to wyglądało. A szkoda, taka wiosenna perełka!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Nabłyszczająca pomadka Ultra Glossy Stylo 813 KIKO

Dzień dobry. Chciałabym przedstawić Wam moją ukochaną pomadkę, z którą nie rozstaję się od dnia, gdy ją kupiłam. Właściwie od tej pory nie używam niczego innego, nabłyszczająca pomadka Ultra Glossy Stylo od Kiko w odcieniu nr 813 przejęła kontrolę nad moją kosmetyczką. Nic dziwnego, że powoli mi się kończy i jestem przekonana, że będzie to pierwsza pomadka, którą zużyję do ostatniego miligrama w terminie :)


Na całe szczęście mamy już we Wrocławiu salon Kiko, więc nie będę musiała kombinować ze ściąganiem jej z Rzymu, bo na pewno przymusiłabym przyjaciółkę, żeby mi ją stamtąd wysłała :D Koszty wysyłki pewnie wielokrotnie przewyższyłyby jej wartość, bo o ile dobrze pamiętam pomadka była śmiesznie tania - kosztowała jakieś 3-4 euro. Za taką jakoś, a przede wszystkim wielką miłość, dałabym wiele więcej.


Kolor to taki chłodny róż z lekką nutką fioletu. Idealny na dzień. Pomadka jak widać na zdjęciu daje mokre wykończenie, ale co dla mnie najważniejsze genialnie nawilża. Stosuję ją nie tylko w celu uzyskania koloru, ale także jako masełko do ust. Spokojnie można nią operować bez lusterka, mam ją w kieszeni kurtki i sięgam po nią gdy mi się przypomni.


Jest ona niezwykle twarzowa, mam wrażenie, że pasuje mi idealnie. Lubię w niej też to, że jak już się ściera to odbywa się to równomiernie i nie zostaje się (jak to często bywa) z ustami wyglądającymi jakby obrysowało się je konturówką, ale zapomniało wypełnić kolorem ;) Zdecydowanie muszę teraz przejrzeć swoje pomadki i zastanowić się nad tym, które warto zostawić, bo jak przypomnę sobie niektóre koszmarki, które wysuszały mi usta i po godzinie znikały zostawiając po sobie jedynie zabarwione suche skórki, to hmmm..... Szkoda się męczyć z czymś, co nie do końca odpowiada ;) Mam jeszcze dwie pomadki z Kiko, ale nawet się do nich porządnie nie dobrałam, bo ta mną tak mocno zawładnęła ;)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Berlin

Tak jak wspominałam ostatnio, dziś pora na kilka zdjęć z mojego wyjazdu do Berlina. Jako największy łowca okazji w okolicy bardzo często sprawdzam na stronie Polskiego Busa, co tam ciekawego mają w swojej ofercie. Gdy jakoś w styczniu natrafiłam na bilety do Berlina w cenie 30zł za dwie osoby w dwie strony to nie mogłam ich nie kupić. Termin wypadał akurat na Wielkanoc co przyjęłam z niemałą radością, ponieważ oznaczało to, że wykorzysta się mniej dni z puli urlopu, ach no same plusy!


Hotel mieliśmy w przepięknej okolicy, znajdował się on w starej kamienicy i zdecydowanie miał w sobie to coś ;) Koło nas znajdowały się same sklepy Prady, Chanel itp. ale ja i tak szukałam tam DM'u :D Co wcale nie było takie proste, ponieważ trafiliśmy tam w dzień świąteczny i pan ochroniarz z Prady mi wytłumaczył, że zakupów NIET bo święta. 



Jestem totalnie zauroczona tymi kamienicami. Swoją drogą wciąż powtarzałam, że wiele miejsc przypomina mi tam Wrocław, no spójrzcie chociażby na zdjęcie poniżej. Czy tak nie mogłaby wyglądać odremontowana kamienica na Nadodrzu czy moich ukochanych Hubach?


Albo chociażby domek dyrekcji ZOO. Wrocławianki, no powiedzcie same, mamy identyczny w podobnym stylu.


Oczywiście jestem w pełni świadoma skąd te podobieństwa, znam historię ;) Mimo wszystko cały czas miałam tam uczucie, że jestem "jak w domu" tylko z ładniejszymi ulicami, szerszymi chodnikami, bardziej zadbaną zielenią itp.



To zdecydowanie mój ulubiony budynek w Berlinie. Stałam pod nim chyba 10 minut i podziwiałam. Cudo, cudo i jeszcze raz cudo. I nie chodzi mi tu o wieże telewizyjną ;) Chcieliśmy wjechać na górę, ale w kolejce trzeba by stać chyba 3 dni, więc podziękowaliśmy.





Oczywiście wyjazd do Berlina nie liczy się bez odwiedzin pod murem. Trabi spodobał nam się tak bardzo, że kupiliśmy sobie z jego reprodukcją magnes na lodówkę (przyznać się, kto jeszcze kolekcjonuje magnesy? :)) oraz plakat, który zawiśnie gdzieś w domu. Niedawno stwierdziłam, że nie będę na siłę szukać "oryginalnych" ozdób do domu w Ikei, tylko własnie będziemy sobie przywozić różne rzeczy z podróży. Póki co mam poduszkę ze Sri Lanki, figurkę słonia z Tajlandii i zbieram dalej!


Zawsze jak gdzieś jedziemy to zamawiam danie typowe dla danego regionu. Tutaj myślałam, że się rozpłaczę, ciężkostrawna kapucha, smażona kiełba i kartofle. Tomasz był zachwycony, ja cieszyłam się, że nie mam tego na co dzień, bo byłoby mnie łatwiej przeskoczyć niż obejść :P

Po takim posiłku pozostaje tylko jedno, trochę się poruszać! W Niemczech infrastruktura rowerowa jest świetnie rozwinięta, możemy o takiej tylko pomarzyć. 


Koszt wypożyczenia roweru na cały dzień był śmiesznie niski biorąc pod uwagę to, że nie chciano od nas żadnych dokumentów. Po prostu mieliśmy zapłacić 11 ojro i oddać rowery we wskazane miejsce przed 18. Gdyby to pan Kuźniar wiedział ;) 


Na rowerach zjeździliśmy cały Poczdam, który podobał mi się jeszcze bardziej niż sam Berlin. Mam plan, że kiedyś tu wrócimy na dłużej. Dojazd do Poczdamu jest banalnie prosty, ponieważ kursuje tam z Berlina linia metra. Ogólnie samo metro zasługuje na pochwałę, szczególnie linia Ring, której ubogą krewną można nazwać naszą wrocławską zerówkę ;) 


W Poczdamie widziałam jeden z najładniejszych kompleksów pałacowych. Wpiszcie sobie Sans Souci w google grafika, a sami się przekonacie. Zdjęcia tego nie oddadzą nawet w 1/10. Wszystko znajduję się w wielkim parku, po którym można godzinami spacerować. 

Wyjazd nie byłby wyjazdem, gdybym nie przywiozła z niego odpowiednich pamiątek. Choć pan ochroniarz w Pradzie sprawił, że już pogodziłam się z faktem, że zakupów NIET, to szczęście się do mnie uśmiechnęło i znalazłam otwarty DM :)


W końcu mam swoje własne jajeczko Ebelin, którego nie ma w odwiedzanych przeze mnie często Czechach czy Słowacji :) Wyjazdu nie mogę ocenić inaczej niż jako bardzo udany, szczególnie, że wróciłam z niego ostro przeziębiona, to chyba też jakiś wyznacznik dobrej zabawy ;)