piątek, 1 czerwca 2012

I znowu Alterra

Cześć Dziewczyny :) Z okazji dnia dziecka wybrałam się dziś na ciuchowe zakupy. Oczywiście nie obyło się bez wizyty w Rossmannie ;) Sprawiłam sobie jedynie dwa produkty, jeden, który ciekawił mnie od dłuższego czasu oraz drugi, polecany przez Was od dawna ;)

O pomadce Alterry czytałam wielokrotnie przy okazji różnych recenzji balsamów do ust. Kosztowała w granicach 5zł, taniej niż pomadki Nivea, które chyba ostatnio podrożały. Poużywam i dam Wam znać co o niej sądzę ;) Akurat wczoraj skończyła mi się świetna pomadka, którą dostałam od Simply, więc z zakupem trafiłam jak znalazł. 

Drugim produktem jest brzoskwiniowy krem brązujący do cery mieszanej i normalnej również z Alterry. Akurat był w promocji i kosztował 8zł, jego regularna cena to 10zł/50ml. Czytałam o nim dużo dobrego, choć jednocześnie jestem świadoma jego wady, która często jest przywoływana, a mianowicie ciemny kolor. Wypróbowałam go tylko na dłoni i co muszę przyznać to fakt, że niesamowicie intensywnie pachnie brzoskwinią :) 

Ostatnio porzuciłam podkład na rzecz kremu tonującego i widzę, że moja skóra jest mi za to wdzięczna :) Obecnie najczęściej sięgam po krem tonujący z Ziaji, choć nie jest to mój ulubiony kosmetyk- nie nadaje się na największe upały, ponieważ warzy się tam, gdzie mam okulary na nosie... Nauczyłam się nim operować tak, żebym była zadowolona z efektu, jednak mimo wszystko miałam wielką ochotę na ten produkt :) Od kiedy poprawił się stan mojej cery nie mam ochoty na mocne krycie, wolę bardziej naturalny efekt ;)

czwartek, 31 maja 2012

Majowe denko!

Cześć Dziewczyny! Kolejny miesiąc za nami i jak zawsze nie wiem kiedy minął. Odmierzam czas pustymi opakowaniami po kosmetykach ;) W tym miesiącu zebrało się tego bardzo dużo, do tego doszły aż 4 wyrzutki w postaci lakierów oraz błyszczyka:

wtorek, 29 maja 2012

Jeżynowy balsam do ciała The Body Shop

Cześć Dziewczyny :) Dziś chciałabym Wam przedstawić produkt, który już kilkakrotnie znalazł się w moich ulubieńcach. Zdjęcie czekało na dysku kilka miesięcy, a ja dalej nie pisnęłam na jego temat ani słówka ;) Czas to zmienić! Bohaterem dzisiejszego wpisu będzie jeżynowy balsam do ciała z The Body Shopu. Jego cena to 19zł za 250ml

Balsam ten jest jednym z moich ulubionych mazideł do ciała. Nie używam go codziennie, jednak uważam, że przez swoją niesamowicie rzadką konsystencję (bliżej mu do mleczka) starczy na długo. Już niewielka kropla produktu pozwala na dokładne wysmarowanie sporej części ciała. 

Sięgam po niego głównie wtedy, gdy za oknem panują wielkie upały. Balsam ten ekspresowo się wchłania pozostawiając skórę nawilżoną bez zbędnej tłustej warstwy czy uczucia lepkości. Właśnie za to lubię go najbardziej :) Do tego dochodzi rewelacyjny w moim odczuciu zapach. Wiadomo, że różni się on nieco od jeżyn, które uraczymy w lesie, jednak mimo wszystko go uwielbiam :) Jest niesamowicie rześki i przyjemny, nie jest duszny i przesłodzony jak to często w takich produktach bywa ;)

Jestem jednak pewna, że dla mocno przesuszonej skóry będzie on niewystarczającym nawilżaczem. To idealny produkt na ciepłe dni ;) Jest jeszcze dostępna jego arbuzowa wersja, jednak zapach jeżynowej bije ją na głowę ;)

Skład: Aqua, Glycerin, Caprylic/Capric Trygliceryde, Orbignya Oleifera Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Dimethicone, Methyl Glucose Sesquistearate, PEG-20 Methyl Glucose Sesquistearate, Parfum, Benzyl Alcohol, Butyrospermum Parkii, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crossplymer, Linalool, Amyl Cinnamal, Geraniol, Disodium EDTA, Limonene, Citronellol, Sodium Hydroxide, Rubus Caesius Fruit Extract, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Eugenol, Citral, Tocopherol.



Przy okazji wspomnę, że kupiłam odżywkę diamentową z Eveline. Kosztowała 10,50zł w rossmannie. Chwile się wahałam między nią a 8w1, ale sprawdziłam i mają identyczny skład! Zaraz zabieram się za malowanie i zobaczymy jak się u mnie spisze. Będę dobrze zabezpieczać skórki, bo choć teraz mam je ładnie wypielęgnowane to nie chcę, aby stała im się krzywda ;)

poniedziałek, 28 maja 2012

Peeling enzymatyczny- to działa!

Cześć Dziewczyny! Witajcie w ten pochmurny poniedziałkowy poranek. Jak widzicie po tytule dzisiejszego postu dokonałam ostatnio małego odkrycie w kwestii peelingów ;) Wszystko zaczęło się od tego, że w pierwszej paczce, którą dostałam od Lirene znalazłam saszetkę peelingu enzymatycznego. Żeby nie oceniać produktu po jednej saszetce sprawiłam sobie jeszcze dwie kolejne, ich cena oscyluje w granicach 3zł za saszetkę wystarczającą na dwa użycia. Już kilka razy robiłam podejścia do peelingów enzymatycznych, jednak zawsze miałam wrażanie, że nie robią one kompletnie nic na mojej twarzy...

Gęsty, białawy płyn, który intensywnie pachnie owocami dość szybko zastyga na twarzy. Później trzeba się nieźle namachać, żeby zmyć go z twarzy, mogę stwierdzić, że właściwie to jego jedyny minus ;) No co tu dużo pisać, on działa :) Faktycznie delikatnie wygładza skórę, jednak nie jest to takie samo uczucie, jak po peelingu mechanicznym.  

Skóra jest po nim miękka, wygładzona, ale jednocześnie nie ma na niej żadnych wysuszeń czy podrażnień. Zużyłam już trzy saszetki tego produktu i za każdym razem byłam z niego bardzo zadowolona. Myślę, że to świetne rozwiązanie dla naczynkowców lub właścicielek wrażliwych skór, choć przyznam szerze, że sama będę po niego z chęcią sięgać :) Nie przepadam za kosmetykami w formie saszetki, ale taki peeling to świetne rozwiązanie na wyjazd :) Po tych saszetkach nabrałam ochoty na kolejne peelingi enzymatyczne, jeśli znacie jakieś godne polecenia napiszcie proszę w komentarzach :) 


Te różowe saszetki z pewnością pojadą ze mną na wakacje, jednak w domu wolałabym coś z tubki ;)


Pozdrawiam Was serdecznie, mam nadzieję, że za oknem zaraz się przejaśni, mam dziś do załatwienie wiele spraw na mieście i nie chciałabym skakać między kałużami :)

niedziela, 27 maja 2012

Ostatnie zdjęcia lakieru Wibo

Cześć Dziewczyny :) Dziś kolejny post z cyklu lakierowych i niestety tak samo jak poprzedni będzie on o lakierze, z którego wydobyłam już do dna to, co się dało. W przypadku poprzedniego brzydala z Miss Sporty nie było mi żal go wyrzucać, jednak lakier Wibo z serii Your Fantsy 321 to jeden z moich ulubionych kolorów. Praktycznie wykończyłam jego drugą buteleczkę i z pewnością udam się po następną. Dokładnie taki odcień różu jest moim zdaniem najlepszy :)



Niestety, choć po ponad roku częstego używania lakieru zostało około 1/3 to już nie da się nim malować. Zrobił się niesamowicie gęsty, ciągnący, zalewa skórki i co najgorsze bąbelkuje :( Aby ukryć pęcherzyki powietrza, sięgnęłam po topa z My Secert, który ostatnio wzbudził dość mieszane uczucia, żeby nie powiedzieć, że raczej się nie spodobał ;) Mnie jednak takie połączenie przypadło do gustu ;)


Niestety, obecnie korzystanie z lakieru Wibo wymaga zbyt dużo zachodu i dlatego wyląduje w koszu. Polecam go Wam gorąco, numerek 321 jest łatwy do zapamiętania ;)