wtorek, 9 grudnia 2014

Maybelline the Rocket Volum' Express, tusz koszmarek

Niezły potworek mi się trafił. Chęć wypróbowania czegoś nowego sprawiła, że zdradziłam mój ukochany tusz Lovely Curling Pump Up i mam za swoje. Niechlubnym bohaterem dzisiejszego wpisu jest tusz Maybelline the Rocket Volum' Express. Obecnie furorę na blogach robi jego młodszy brat, ja już sobie dam spokój z eksperymentowaniem z tą marką ;)


Seria grubasków Maybelline jest powszechnie znana. Opakowania są przyjemne dla oka, powyższa rakieta szczególnie przyciąga wzrok mocnym kolorem. Jednak to i tak nic, w porównaniu z wrażeniem jakie robi wielkość szczoteczki. A może powinnam napisać szczoty?


Krótkie włoski oraz wielkość szczotki nie ułatwiają manewrowania. Na początku, kiedy tusz był jeszcze świeży i bardzo wilgotny, nawet nie próbowałam malować oka bez uzbrojenia się w kilka chusteczek. Przez pierwsze tygodnie miałam też problem z wiecznym odbijaniem się tuszu na górnej powiece. Sam efekt też jest wyjątkowo marny. Jak już uda się pomalować tak, żeby nie ubrudzić całego oka, to rzęsy wyglądają mizernie


Jak widać, rzęsy są posklejane i tylko to daje złudne wrażenie pogrubienia. Choć tusz należy do tych tańszych, to uważam, że i tak szkoda na niego pieniędzy. Wolę moje żółte szczęście z Lovely. Już dziś kupiłam kolejne jego opakowanie, już jutro pójdzie w ruch :)

niedziela, 7 grudnia 2014

Nuxe Reve de Miel, najlepsza pomadka na świecie!

Balsam do ust to rzecz, którą posiada chyba większość kobiet, niezależnie od ich stopnia zainteresowania kosmetykami. Przez moje ręce przeszło ich już bardzo wiele, jednak dopiero zeszłej zimy trafiłam na produkt, który totalnie mnie oczarował i śmiało mogę powiedzieć, że nie chcę już nic innego tylko pomadkę Nuxe Reve de Miel. Bez problemu można ją kupić w wielu aptekach oraz Superpharmie, gdzie kosztuje około 22zł/4g. Moją upolowałam na fantastycznej promocji 2 w 1. Akurat byłam na zakupach z koleżanką (pozdro Monia!) i każda z nas wzięła jedną sztukę. To się nazywa nos do interesów ;)


Opakowanie niczym szczególnym się nie wyróżnia, ot zwykły sztyft. Zupełnie inaczej jest już przy działaniu. Pomadka nawilża na długie godziny, pozostawiając na ustach wyczuwalną, choć w niczym nie przeszkadzającą warstwę. Mimo jasnego koloru nie wchodzi w załamania i nie ma z nią problemu, że tworzy brzydkie białe pręgi. Od kiedy jej używam nie mam problemu z zajadami, które wcześniej nawiedzały mnie dość często, a zimno wyskoczyło mi tylko raz, kiedy pomadka zapodziała się na dnie kartonu w czasie przeprowadzki ;)


Po blisko roku regularnego używania została mi już sama końcówka. Napisy mocno się starły i opakowanie nie wygląda najlepiej. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadza, bo plastik nigdzie się nie rozpadł, a zamknięcie trzyma równie mocno co dzień po zakupie. Nie dziwi pewnie nikogo, że mam w planach kupić jej wersję w słoiczku :)

A jakie są Wasze ulubione pomadki do ust? :)

sobota, 6 grudnia 2014

SkinFood, Peach Sake, Silky Finnish Powder

Nie wiem, jak to się stało, że do tej pory nie wspomniałam nic o moim wielkim ulubieńcu, którym jest brzoskwiniowy puder SkinFood. Mam go w swojej kosmetyczce już chyba ze dwa lata. Był to prezent Anuli, który praktycznie dzień w dzień mi służy ;) Jest to już chyba wystarczający komentarz na temat jego wydajności, która jest wręcz zabójcza! 


Opakowanie jest miłe dla oka, czcionka Comic Sans zawsze w cenie ;) W pudełeczku mieści się 15g, za które trzeba zapłacić około 42zł. Oczywiście z racji pochodzenia tego produktu korzystniej szukać go na ebayu niż allegro. Nie każdy lubi się bawić z pudrami sypkimi, mnie ta forma zupełnie nie przeszkadza. Zużyłam dwa pełne opakowania pudru bambusowego z Biochemii Urody, już nic nie jest dla mnie straszne ;) Trzeba przyznać, że puder SkinFood jest wyjątkowo mocno zmielony. To dosłownie pyłek.


Za co lubię go najbardziej? Sama nie wiem, może za piękny brzoskwiniowy zapach. Puder jest transparenty, więc nie ma problemu z dopasowaniem go do odcienia skóry. Od strony technicznej same plusy. Działanie również oceniam na piątkę z plusem. Po pierwsze, po jego aplikacji skóra jest optycznie wygładzona. Po drugie, mat utrzymuje się cały dzień. Nie mam problemów z przetłuszczającą się skórą, ale lubię mieć wszystko pod kontrolą. 


Z dołączonego do pudru puszku nigdy nie korzystałam. Wolę swoje sprawdzone pędzelki ;) Zostało mi go już dość mało, ale pewnie wystarczy to na długie miesiące. Choć jestem z niego bardzo zadowolona, to kolejny puder planuję kupić w MACu, mam jeden na oku od dłuższego czasu, pora zmierzyć się z legendą ;)