niedziela, 15 lutego 2015

Zużycia stycznia

Z małym poślizgiem, ale zawsze! Życie wciąga, praca na etacie, dom, kot i inne małe przyjemności czasem sprawiają, że nie ma nawet kiedy iść do sklepu kupić puder, który zaraz się skończy. Oj, chcę mieć znowu 16 lat. Zaczynam być jak smerf maruda, więc bez zbędnego przedłużania przejdźmy do rzeczy:

  • pomadka Nuxe Reve de Miel czyli jak już opisałam w recenzji najlepsza pomadka na świecie! Rewelacja, gorąco polecam każdemu, teraz mam wielką ochotę na wersję w słoiczku :)
  • borówkowe masło do ciała Balea to produkt, na który miałam wielką ochotę jak tylko zobaczyłam go w sieci. Niestety, okazał się być słabo nawilżającym i niezwykle sztucznie pachnącym potworkiem. Wieeelka szkoda
  • tonik Garnier Essentials kupiłam z zupełnie nieznanych mi przyczyn, bo przecież od kilku lat nie używam toników ;/ Stosowałam go po przemyciu twarzy micelem, teraz mi go w ogóle nie brakuje, dyszka w błoto ;)
  • żel pod prysznic Lirene szampańska truskawka cudownie pachniał i stał się naszym domowym ulubieńcem!
  • krem do twarzy Bioderma Sebium Global nie spisał się u mnie najlepiej, więcej na jego temat znajdziecie w podlinkowanej recenzji.
  • lakier Bell Fashion Color w odcieniu 326 to jeden z najstarszych lakierów w mojej małej kolekcji. Niestety z wiekiem mocno stracił na trwałości i mocno zgęstniał. Wyrzuciłam z żalem
  • peeling z mikrogranulkami Ziaja Pro to kolejny genialny produkt, jaki miałam okazję używać. Śmiało mogę napisać, że to najlepszy peeling z jakim miałam do czynienia :)
  • tusz do rzęs Curling Pump Up Lovely okazał się być moim małym odkryciem zeszłego roku i regularnie do niego wracam :)
  • krem do rąk Alverde z granatem i masłem Karite kupiłam, bo trudno mi się oprzeć czemuś o zapachu granatu ;) Tym razem trafiłam na przyjemny krem, który dobrze nawilżał i pięknie pachniał :) Szkoda, że u nas niedostępny
  • krem antycellulitowy Balea Body Fit to produkt, którego działania nie udało mi się zaobserwować głównie przez jego fatalną wydajność, która wyniosła niecałe 3 tygodnie przy codziennym stosowaniu...
  • arganowa maska Eveline 8 w 1 jest teraz dostępna w biedronce pod nazwą DeLuxe bodajże i kosztuje dwa razy więcej niż kiedy była po prostu Eveline... W każdym razie nie regenerowała włosów ani nie robiła innych cudów, po prostu fajnie je wygładzała i dociążała przesuszone końce :)
  • szampon Syoss Full Hair 5 dostałam do testów, ale niestety u mnie zakwalifikował się do grona produktów, które były niby okej, bo nic złego nie zrobiły, ale raczej do niego nie wrócę, bo miałam wrażenie, że czasem miał problem z dokładnym oczyszczeniem włosów.
  • odżywka Syoss Full Hair 5 nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia, bo po prostu za słabo działała na włosy, brakowało mi wygładzenia czy ułatwienia późniejszego rozczesywania. 
  • tonik to włosów Head and Shoulders to już w ogóle strzał w stopę, dawno nie miałam produktu, który tak bardzo nic nie robił ;)
  • peeling enzymatyczny Yoskine wyrzucam, bo bardziej mnie zapychał niż oczyszczał... 
Dodatkowo w ramach projektu denko zrobiliśmy wielki porządek w szafie, który skończył się 4 wielkimi workami na śmieci wypełnionymi ciuchami. Oddaliśmy je w dobre ręce tym, którym się bardziej przydadzą. Teraz w końcu widzę co mam i wszystko nie ciśnie się na wieszakach. Przeraziło mnie nieco, gdy wywaliłam na kanapę wszystkie swoje ubrania. Zawsze miałam wrażenie, że nie mam się w co ubrać i chodzę non stop w tym samym, a tu nagle bum, mam kilkanaście swetrów :D 

Chyba się troszkę pospieszyłam z wiosennymi porządkami ;)

sobota, 31 stycznia 2015

Pat&Rub, Relaksujące masło do ciała o zapachu trawy cytrynowej i kokosa

Chyba znalazłam masło do ciała idealne.... Na początku nie było tak różowo, ale z każdym dniem coraz bardziej przepadałam za relaksującym masłem do ciała Pat&Rub o zapachu trawy cytrynowej i kokosa. Kupiłam go na portalu Merlin.pl, gdzie zapłaciłam za niego całkiem korzystną jak na kosmetyki tej marki cenę 30zł/250ml. Tyle razy czytałam o nim w ulubieńcach u różnych osób, że nie mogłam sobie odmówić wypróbowania go na własnej skórze ;)


Tuż po zdarciu wieczka ochronnego moją jedyną myślą było: omg, jak to śmierdzi! Poczułam się mocno zawiedziona, bo wiele osób tak zachwalało zapach tego masła. Mimo wszystko nałożyłam je na ciało i byłam pozytywnie zaskoczona tym jak dobrze nawilża skórę. Po całej nocy nogi były równie gładkie i miłe w dotyku jak tuż po nałożeniu masła. Nie ma co się tu dużo rozpisywać, poziom nawilżenia jest rewelacyjny. Warto też podkreślić, że jest to faktycznie nawilżenie, a nie natłuszczenie jak to często w przypadku tego typu produktów bywa. 


Masło jest bardzo gęste, ale przyjemnie się je rozsmarowuje. Wchłania się całkiem szybko i nie ma problemu ze skórą lepiącą się do pościeli czy piżamy. Mimo wszystko nie sięgnęłabym po nie w okresie letnim ponieważ w czasie upałów byłoby zdecydowanie za gęste. Dodatkowo zapach jest na tyle intensywny, że męczyłby mnie wtedy.


No właśnie zapach. Jest mocny i choć na początku był dla mnie nie do zniesienia, to z każdym dniem zaczynałam się do niego bardziej przekonywać. Połączenie trawy cytrynowej i kokosa wydaje się lekkie i świeże, ale tutaj mamy coś zupełnie innego. Teraz doszłam do etapu, gdzie nawet czasem będąc w łazience wącham sobie to masło dla przyjemności, tak bardzo mnie kupiło swoim działaniem ;)


Po niezbyt udanym zetknięciu z kremem do rąk tej firmy nie spodziewałam się sukcesu, a tu taka niespodzianka :) Teraz mam ochotę na coś więcej. Muszę więcej poczytać o ich produktach do twarzy. Tymczasem wrócę do swojego masła, które o blisko dwóch miesiącach używania zaczyna się powoli kończyć, wydajność też jest jego mocną stroną ;)

niedziela, 18 stycznia 2015

Lakier do paznokci Kiko 359

Pewnie większość wrocławianek już wie, że w przyszłym miesiącu w Pasażu Grunwaldzkim  ma się otworzyć salon Kiko. Ja jestem po dużych zakupach w ich sklepie w Rzymie i póki co, nie wybieram się na kolejne ;) Choć w większości ich produkty bardzo mi pasują, to czasem zdarzają się mniejsze lub większe wpadki. Tak było w przypadku lakieru do paznokci w odcieniu 359. Podpatrzyłam go u przyjaciółki w Rzymie własnie i od razu poleciałam do salonu po swój egzemplarz.


Kolor jest trochę jak kameleon i w zależności od światła wygląda jak pastel lub jak wpadający w neon. Uważam, że jest piękny i wyjątkowo mi się podoba, niestety, od strony technicznej do jakaś katastrofa. Do pełnego krycia potrzeba 4 cienkich warstw... Z naciskiem na cienkich, bo lakier bardzo lubi bąbelkować. Tyle warstw rzuca się w oczy i nie do końca wygląda estetycznie, co widać na poniższym zdjęciu.


Mam chyba z sześć lakierów Kiko i tylko z tym jednym mam taki problem. Być może trafiłam na felerny egzemplarz, ale to ciągłe nakładanie warstw mocno mnie zniechęca do sięgania po tę właśnie buteleczkę. Wielka szkoda!