Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farmona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farmona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 kwietnia 2014

Szampon pokrzywowy Farmona Herbal Care

Produkty Farmony pojawiają się u mnie niezwykle rzadko. Nawet kupując ten szampon nie doczytałam, kto jest jego producentem i byłam przekonana, że sprawiłam sobie coś jakiejś nieznanej firmy ;) A gwoli ścisłości wybrałam wersję pokrzywową do włosów przetłuszczających się i pozbawionych lekkości. Butelka o pojemności 300ml kosztowała mnie niecałe 5zł, więc kolejny interes życia ;) Choć zazwyczaj moje opinie o szamponach nie zajmują całych wpisów tylko zamieszczam je przy okazji innych podsumowań, tak tym razem będzie inaczej ;)


Szampon okazał się być bardzo mocno oczyszczający. Nie należę do osób, które mocno stylizują włosy i muszę potem zmywać tony produktów. Używam jednak różnych wcierek, serum na końcówki, odżywki bez spłukiwania itp. Moje włosy są bardzo cienkie i jest ich mało, więc o jakiekolwiek obciążenie jest bardzo łatwo. Dzięki odpowiedniej pielęgnacji udało mi się przedłużyć czas ich świeżości na cały dzień (zazdroszczę tym, co mogą myć głowę co drugi dzień, dla mnie to niewykonalne póki co). Ten szampon pomaga mi utrzymać ten stan. 


Od razu zaznaczę, że oczyszczenie jest na tyle mocne, że nie ma opcji, żeby używać tego szamponu codziennie. Sięgam po niego co 2-3 dni i tak jest optymalnie. Dzięki temu butelka starcza na bardzo długo. Szampon ma też tendencję do plątania włosów, więc bez solidnej dawki odżywki ani rusz. Często po oczyszczających szamponach miałam wrażanie, że włosy są szorstkie, tutaj niczego takiego nie ma. Jestem z niego zadowolona jak i z każdego innego produktu, który pozwala mi dłużej cieszyć się świeżymi włosami :)

 Macie swoich oczyszczających faworytów? :)

piątek, 13 lipca 2012

Wszystko o moich włosach

Cześć Dziewczyny! :) Na wstępie chciałabym Was przeprosić za moją prawie tygodniową nieobecność w blogosferze. Zaczęłam pracę w księgarni i codziennie przez ręce przewijają mi się tysiące książek, jak wiadomo w centrach handlowych godziny pracy są od 9-21, więc po takim maratonie nie mam siły na nic ;) Na szczęście pracuję z bardzo sympatyczną ekipą, zadania, które mam do wykonania nie są bezsensowne jak to często mi się zdarzało w poprzedniej pracy, co również motywuje mnie do działania :) Tyle słowem wstępu, zapraszam Was na długi post zbiorczy dotyczący wszystkich produktów, które używam do włosów. 

SZAMPON
Podstawowym produktem w przypadku włosów jest szampon. Przyznam się szczerze, że nie przywiązuję do niego największej uwagi, ważne jest, aby dobrze mył włosy, nie obciążał ich i nie powodował łupieżu. Jakiś czas temu kupiłam wielką butlę szamponu z Garniera drożdże piwne i owoc granatu, który w przypadku moich super cienkich włosów okazał się być strzałem w 10! Butelka ta jest już na wykończeniu, ale z pewnością kupię następną, obecnie zmieniła się jej szata graficzna i znajdziemy ją z napisem ultra doux (o ile dobrze pamiętam). Szampon ten dokładnie myje moje włosy, radzi sobie ze zmywaniem olejów, pięknie pachnie, włosy nie są po nim oklapnięte. Tyle wymagam od szamponu i ten dokładnie się z tego wywiązuje. Do tego jest bardzo tani, dużą butlę 400ml bardzo często widuję na promocjach poniżej 10zł. 

ODŻYWKI

Chyba nikt nie będzie zaskoczony tym, że w moim zestawieniu znalazła się śmiesznie tania odżywka z Isany z olejkiem babasu. Co tu dużo pisać, jest świetna. Rewelacyjnie wygładza moje włosy, nie mam najmniejszych problemów z rozczesaniem ich. Szczotka wchodzi w nie jak w masło :) Zużyłam już dwie butelki, kolejne stoją w zapasie, kupuję od razu kilka jak jest w promocji, taki ze mnie chomik ;)

Drugą odżywką, którą z niewielkimi przerwami stosuję jeszcze od czasów liceum czyli już kilka dobrych lat, jest balsam nawilżająco regenerujący z Joanny. To moje pierwsze opakowanie w nowej szacie i powiem Wam, że wolałam starą wersję. Tutaj za każdym razem wylewa mi się za dużo produktu, a do moich krótkich włosów potrzebuję do doprawdy kropelkę. Odżywka ta jest bez spłukiwania i ratuje mnie gdy nie mam czasu na nakładanie olejków (tak jak w tym tygodniu). Nie nakładam jej u nasady włosów tylko na długość i nadaje im miękkości i ogólnie poprawia ich stan. Jest to produkt powszechnie znany i lubiany. 



OLEJE

Też uległam nakładaniu olejków na włosy. Moimi dwoma najulubieńszymi są kokosowy z Vatiki oraz granat i awokado z Alterry. Jeden i drugi działają u mnie cuda, co więcej kocham ich zapachy! Wiem, że część z Was uważa je za śmierdziele, ale dla mojego nosa oba są super :) Nie będę tu się na ich temat rozpisywać, bo ich dobroczynne działanie jest powszechnie znane. Dodam, że olejki nakładam zawsze na 3-4h przed myciem głowy, pozostawienie ich na całą noc mocno przeciąża mi skórę głowy. Myślę, że za jakiś czas stworzę na ich temat osobny post, tymczasem chciałabym przestawić Wam olejki, które również używam, ale nie dały one tak spektakularnych efektów.






Olejek Babydream użyłam na włosy zaledwie kilka razy. Krzywdy mi on nie zrobił, ale zabrakło tego efektu wow, który miałam po wyżej wymienionych produktach. Mimo wszystko bardzo lubię ten produkt i mam dla niego szereg innych zastosowań ;)

Olej ze słodkich migdałów kupiłam, aby nakładać go na twarz, niestety mocno mnie zapychał. Postanowiłam go nałożyć na włosy i też nie do końca się sprawdził, włosy były po nim mocno oklapnięte, choć faktycznie miękkie w dotyku. Niestety wyglądały na nieświeże... Odstawiłam go w kąt i używałam sporadycznie do innych celów, ale pewnego dnia doznałam olśnienia, o którym przeczytacie poniżej ;)

Kolejnym olejkiem, który nie do końca przypadł mi do gustu jest olej migdałowy z vatiki. Jego odlewkę dostałam go od Natalii razem z olejkiem babydream i dwoma kosmetykami, o których wspomnę poniżej. Choć działa świetnie to ma zabójczy zapach od  którego automatycznie boli mnie głowa. Postanowiłam więc zmieszać go pół na pół z olejkiem ze słodkich migdałów i taka mieszanka sprawdza się całkiem nieźle.


Zabawa z olejkami ma dla mnie jeden wielki minus, jeśli przestanę ich używać na dłużej niż tydzień (tak jak teraz) to włosy bardzo szybko wracają do stanu sprzed kuracji. Owszem, te które na skutek nakładania olejków mi wyrosły nie wypadły, jednak widać, że jeśli ktoś nie jest konsekwentny nawet nie ma się co za olejki brać ;)

WCIERKI

Wcierki również odkryłam za sprawą Natalii. Dostałam od niej dwie, słynny Jantar oraz wodę brzozową. O Jantarze, chyba już każdy słyszał, głównie są to same zachwyty. Moje zdanie na jego temat jest niestety zupełnie inne. Niedawno wykończyłam całą butelkę i mogę już co niego powiedzieć na temat jego działania. 


Choć początkowo byłam zadowolona z odświeżenia, które dawał i tego, że moje włosy przetłuszczały się o wiele wolniej. Niestety nie było dane mi się tym cieszyć długo, po jakimś czasie jednak moje włosy uodporniły się chyba na ten produkt, bo w ogólnie nie było po nich nic widać. Także fajnie było przez pierwszy tydzień, ale po dwóch pełnych kuracjach trwających po trzy tygodnie efektów zero. 





O niesamowicie niewygodnym opakowaniu nie będę nawet wspominać ;) Drugą wcierką, którą również dostałam od Natalii jest woda brzozowa. Tutaj jestem w trakcie kuracji i widzę, że w przeciwieństwie do Jantaru efekty nie znikają po tygodniu :) Za jakiś czas napisze coś więcej na jej temat ;) Stosuję ją maksymalnie 3-4 dni i robię tygodniową przerwę, ponieważ zawiera ona w sobie alkohol.






MASKA + SZCZOTKA + GRZEBIEŃ

O masce wygładzającej z Ziai nie będę się zbytnio rozpisywać. Odeślę Was po prostu do mojego wpisu na jej temat. To już moje trzecie jej opakowanie i nie zamierzam przerzucać się na nic innego ;) Tangle Teezer to również produkt niezbędny w moim przypadku. Nie wiem jak mogłam przez tyle lat radzić sobie bez niego, uwielbiam po stokroć :)



Grzebień z The Body Shopu gości w mojej kosmetyczce dopiero od kilku miesięcy, ale świetnie spisuje się gdy jestem na mieście i szybko muszę ogarnąć włosy ;)

SUPLEMENTY

Nie wiem czy pamiętacie, ale jakieś trzy miesiące temu zaczęłam łykać suplement diety wyciąg ze skrzypu polnego i pokrzywy firmy Bioogrody. I wiecie co? To było jedno wielki nic! Po zjedzeniu dwóch opakowań (pamiętałam o każdej jednej tabletce) stan moich włosów, skóry czy paznokci nie uległ zmianie. 



STYLIZACJA

Tutaj będzie bardzo skromnie, ponieważ do ujarzmienia mojej krótkiej fryzury potrzebuję zaledwie dwóch produktów. Lakier do włosów Isany, koniecznie czarny oraz moje odkrycie tego miesiąca (poczynione dzięki Anuli :)) czyli guma do włosów Joanny. Jedno i drugie pozwala mi ułożyć włosy tak jak chcę bez zbędnego kombinowania :)


To wszystko :) Wydawało mi się, że nie ma tego dużo, jednak do opisania wszystkiego musiałam stworzyć małą epopeję :) Mam nadzieję, że mimo wszystko dotrwacie do końca i podzielicie się, czy znacie któryś z tych produktów :) 

piątek, 27 stycznia 2012

Czekoladowe delicje

Jeżeli ktoś nie lubi czekolady to dla mnie jest podejrzanym typem ;) Osobiście ją uwielbiam, zarówno do jedzenia, do picia jak i w postaci zapachu. Już którąś zimę z rzędu sięgam po masło Farmony z serii Sweet Secret ciemna czekolada i orzech pistacji. Za opakowanie o pojemności o 225ml zapłacimy około 13zł.

Być może część z Was pamięta, że w okresie wakacyjnym rozpływałam się nad produktami z serii Sweet Secret, ale o zapachu kokosowo-bananowym. Podobnie jak w przypadku lżejszej serii tutaj producent posługuje się niezwykle działającym na wyobraźnię opisem. Przeczytajcie same:

Słodka uczta dla ciała i zmysłów! Wyjątkowy kosmetyk do pielęgnacji ciała o gęstej, aksamitnej konsystencji i kuszącym zapachu został stworzony z myślą o tym, by rozpieszczać zmysły i ciało. Powstał na bazie ciemnej czekolady i orzechów pistacji, dzięki czemu skutecznie pielęgnuje skórę, a do tego obłędnie pachnie, pozostawiając długotrwały, słodki zapach ciemnej czekolady z ekstrawagancką nutą orzechów pistacji. Regularne stosowanie czekoladowego masła do ciała daje uczucie wypielęgnowanej, jedwabiście gładkiej i pachnącej skóry. Bogata receptura doskonale nawilża i odżywia, opóźniając procesy starzenia się skóry, a także ujędrnia, wygładza i wyszczupla ciało, zapewniając dobry nastrój i uczucie komfortu.


Jeśli chodzi o przyjemność używania tego produktu, to oceniam ją na 15/10 punktów. Pierwsze co uderza to bardzo intensywny, piękny zapach czekolady. Wiele osób pisze, że po pewnym czasie ten zapach staje się dla nich nieprzyjemny i męczący. Nic takiego nie zauważyłam, dla mnie jest on równie królewski po koniec opakowania :) Nie ma konsystencji typowego twardego masła, jednak jest dość gęste. Widać na zdjęciu, że wzorek, który zrobiła maszyna pozostał nietknięty aż do odpakowania produktu przeze mnie :) Nie wchłania się od razu, pozostawia lekki film na skórze, jednak ja to akurat lubię :) Żeby dobrze się wchłonął trzeba skórę chwilę pomasować, co akurat tylko dobrze jej zrobi (choć wiem, że leniuchy będą niezadowolone :)). Zapach jest na tyle intensywny, że to w czym śpimy przesiąknie nim na wylot :)


Niestety masełko ma też swoje minusy. Przede wszystkim, jeśli dobrze go nie wetrzemy to pobrudzi nam piżamę czy inne ubrania, które na sobie mamy. Nie ma problemu z ich wypraniem, jednak brązowe plamy na ciuchach nie są obiektem pożądania ;) Niestety z nawilżaniem też nie radzi sobie najlepiej. Nie wiem, czy zmieniono mu formułę, bo z poprzednich zim nie przypominam sobie, żebym miała co do tego jakieś zastrzeżenia, jednak tak jest. Mam niewymagającą skórę i u mnie sprawdza się w sam raz, jednak właścicielki skór suchych będą nim zawiedzione. Być możne lepiej sprawi się w cieplejszym okresie, jednak wtedy zapach mógłby się stać zabójczo duszący. Nie wyobrażam sobie sięgnąć po niego kiedy indziej niż w zimie :) Jeśli chodzi o wydajność to jedno opakowanie starcza mi na około 2 miesiące codziennego smarowania.

A Wy macie jakiś czekoladowo pachnących faworytów? :)

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii, Isopropyl Myristate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Helianthus Annuus Seed Oil, Cyclomethicone, Cera Alba, Parfum, Propylene Glycol, Theobroma Cacao Extract, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Pistachia Vera Seed Extract, Acrylates /C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Benzyl Benzoate, Limonene, Benzyl Alcohol, CI 19140, CI 14720, CI 42090.

czwartek, 13 października 2011

Kokos i banan po raz trzeci

Seria Farmony Sweet Secret już dawno temu przyciągnęła mnie do siebie pięknymi zapachami i smakowitymi opisami produktów. Kilka miesięcy temu bardzo przypadła mi do gustu wersja z kokosem i bananem. Miałam z niej krem do rąk, mus do ciała oraz sorbet do mycia ciała i dziś to on będzie na tapecie. Podobnie jak dwa pierwsze produkty cechuje się przepięknym zapachem- wydaje mi się, że właśnie w nim jest on najintensywniejszy i co więcej nie zmienia się przy zetknięciu ze skórą. Opakowanie ma 225ml i kosztuje około 10-12zł. 

Sorbet ten jest niczym innym jak żelem pod prysznic z małymi kawałkami kokosa. Ku mojemu zdziwieniu dość słabo się pieni - nalanie go na myjkę bardziej mu szkodzi niż pomaga. Najlepiej używać do jego aplikacji dłoni- malutkie drobinki kokosa nie działają jak peeling, są zbyt małe i jest ich niewiele, a na dodatek rozpuszczają się w kontakcie ze skórą. 

Skóra po jego użyciu jest dobrze wymyta, ale nie przesuszona jak to czasem się zdarza w przypadku żeli pod prysznic. Nie ma wrażenia ściągnięcia skóry, wręcz przeciwnie- wydaje się być ona lekko nawilżona (choć w dalszym ciągu wymaga użycia balsamu).

Ogólnie jestem z tego sorbetu zadowolona. Nie sięgam po niego codziennie, raczej kiedy chcę sobie poprawić humor po ciężkim dniu lub zwyczajnie odprężyć. Jego genialny w moim odczuciu zapach, który jest połączeniem kokosa i banana (w przypadku sorbetu przeważa zdecydowanie to drugie) jest idealny na jesień, kiedy szukamy jakichkolwiek pozostałości po lecie. Cena może i nie jest najniższa, ale myślę, że tym, którzy poprawiają sobie humor zapachami produkt ten genialnie podpasuje. Jak go wykończę to sięgnę po jego wersję ciemna czekolada i orzech pistacji i będę pod prysznicem niczym smakowita pralinka z bombonierki :)

sobota, 10 września 2011

Farmona, Mus do ciała słodki kokos i banany

Może pamiętacie, jak na początku wakacji rozpływałam się nad kremem do rąk Farmony z serii Sweet Secret o zapachu kokosowo- bananowym. Jego zapach urzekł mnie totalnie i długo za mną chodził. Jakiś czas temu dostałam od mojego ukochanego mus do ciała oraz sorbet pod prysznic z tej samej serii. Musicie przyznać, że bardziej działających na kubki smakowe nazw nie mogli wymyślić ;) Dziś będę się rozpływać nad musem, który stał się jednym z moich ulubionych kosmetyków tego lata. Możemy go dostać w wielu sklepach, jego cena waha się od  12-15zł za 225ml.


Wyjątkowy kosmetyk do pielęgnacji ciała o przyjemnej, jedwabistej konsystencji i urzekającym zapachu został stworzony z myślą o tym, by rozpieszczać zmysły i ciało. Powstał na bazie olejku kokosowego i mleczka bananowego, dzięki czemu skutecznie pielęgnuje skórę, a do tego obłędnie pachnie, na długo pozostawiając egzotyczny zapach słodkich owoców. Regularne stosowanie kokosowego musu do ciała daje uczucie wypielęgnowanej, jedwabiście gładkiej i pachnącej skóry. Bogata receptura doskonale nawilża, odżywia i regeneruje skórę, przywracając jej aksamitną gładkość i delikatność, a wydobyta z wnętrza egzotycznych owoców, słodka kompozycja zapachowa zapewnia energię i witalność oraz wprowadza w doskonały nastrój.

Nie wiem kto im to pisze, ale takiego masła maślanego dawno nie czytałam. Ostatnio na opakowaniu ich kremu do rąk ;) Dodam, że połowa tekstu na jednym i drugim produkcie jest taka sama, ale nie będę się czepiać, bo w zasadzie wszystko to prawda :) 


Uwielbiam nakładać ten mus z rana. Skóra jest po nim gładka i miła w dotyku przez cały dzień. Nawilżenie jest odpowiednie na lato, w zimie na pewno sięgnę po coś bardziej treściwego. Lubię to, że szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy, a co za tym idzie nie brudzi ubrań. To wszystko dzięki jego bardzo lekkiej konsystencji. Jednak największą jego zaletą, podobnie jak w przypadku kremu do rąk, jest boski zapach. Jestem w nim totalnie zakochana. Gdy użyję tego musu rano, nie sięgam już po perfumy, bo cały dzień pachnę kokosami i bananem. Sam zapach jest typowo z tych "na polepszenie humoru". Czasem lubię odkręcić sam słoiczek powąchać co ma w środku i od razu mi lepiej. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi ;)


Skład: Aqua, Isopropyl Myristate, Cyclomethicone, Propylene Glycol, Glyceryl Stearate Citrate, Paraffinum Liquidum, Parfum, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Musa Sapienta Friut Extract, Cocos Nucifera Oil, Butyrospermum Parkii, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Propylparaben, Panthenol, Allantoin, Xanthan Gum, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium Edta, Sodium Hydroxide, Limonene, Bha, Eugenol, Alpha Methyl Ionone.

Myślę, że w przypadku tego musu naczelnym zadaniem nie jest pielęgnacja, tylko właśnie poprawianie humoru przez zapach. W tym wypadku sprawdza się znakomicie, choć jak już pisałam z nawilżaniem skóry też sobie radzi i to całkiem nieźle. Bardzo lekka konsystencja jest w sam raz na lato, kiedy z powodu męczących upałów nakładanie czegokolwiek ciężkiego na skórę jest niemożliwe. Do tego mus jest dość wydajny, ponieważ już niewielka ilość starcza na nasmarowanie całkiem sporej powierzchni ciała.

Jestem pewna, że do tego musu wrócę, ale dopiero za jakiś czas, ponieważ jeszcze tyle balsamów mam do przetestowania (i drugie tyle czeka na wykończenie w szafie ;)).

wtorek, 24 maja 2011

Egzotyczny deser czyli kokosowo bananowy krem do rąk

Dziś we Wrocławiu pogoda bardzo dopisała. Gdyby nie szum z dworca i hałas z ulicy mogłabym pomyśleć, że jestem gdzieś w tropikach ;) Mój termometr pokazał 32 stopie. That's hot! ;) Z tego upału wracając (oczywiście na piechotę) z basenu musiałam schronić się w klimatyzowanym Rossmannie ;) Niestety na egzotyczne wakacje muszę jeszcze sporo poczekać więc staram się rozpieszczać tu na miejscu. Ostatnio moim kosmetykiem nr 1 do rozpieszczania powonienia jest krem do rąk Farmony. Pachnie słodkimi kokosami i bananami. Zapach jest tak słodki i cudowny, że gdyby ktoś wyprodukował takie perfumy to byłabym pierwszą osobą, która zakupiłaby litrowy flakonik. Wiem, że krem ten jest dość słabo dostępny, ja swój dorwałam w Douglasie i kosztował 7zł za 100ml. Cena kusi podobnie jak zapach :)
Zastanawiam się czasem kto pisze te rzeczy na opakowaniach? Takiego masła maślanego dawno nie miałam okazji przeczytać ;)
Krem nie jest zbyt rzadki czy gęsty. Całkiem nieźle nawilża, choć lepiej  z moimi dłońmi radzi sobie krem do rąk z garniera. Nie zostawia tłustej warstwy. Nie wiem, czy wpływa na stan skórek, bo jestem w trakcie kuracji olejkami z opi i widzę poprawę, ale to raczej zasługa tych olejków właśnie. Największy problem mam z jego wydajnością. Z kremem jest wszystko dobrze, ale ja ciągle się nim smaruję i przez to strasznie szybko znika z opakowania :) Sięgam po niego tak często ponieważ zapach po kontakcie ze skórą bardzo traci na swojej intensywności. Jednak jestem pewna, że jeszcze nie raz po niego sięgnę i  skuszę się też na masło do ciała o tym samym zapachu :)