Całkiem niedawno pisałam o wyjątkowo nieudanym pudrze Max Factora, którego ledwo co się pozbyłam, a tu znowu puder. Nie dość, że piszę raz na ruski rok, to jeszcze coś monotematyczna się zrobiłam ;) Tym razem spowodowane jest to jednak tym, że puder tone correcting od E.L.F. kończy się szybciej, niż ja dodaję nowe wpisy, a chciałam go zrecenzować przed wyrzuceniem w ramach denka.
Może wydać się to śmieszne w przypadku kosmetyku, który kosztuje wraz z przesyłką około 30zł, ale od zawsze chciałam go mieć. Pamiętam go jeszcze z czasów jak pracowałam tylko dorywczo i wydanie 30zł na puder to było bardzo dużo :) Zawsze jednak sięgałam po coś innego, aż w końcu przyszła pora na spełnienie jednego z kosmetycznych marzeń.
Zacznę od tego, że z pudrem się bardzo polubiłam, warto było na niego czekać tyle lat :D Choć ma on kilka zasadniczych minusów jak fatalna wydajność (co można było już wywnioskować po pierwszych linijkach tekstu), która bierze się z tego, że puder okropnie pyli. Nie polecam używania go, gdy mamy na sobie ciemne ubrania. No chyba, że ze śliniaczkiem ;) Puder też nieco bieli skórę, więc koniecznie trzeba się oporządzić po jego użyciu za pomocą różu czy pudru brązującego, bo inaczej robi się z nas biała dama.
Jeśli jednak ktoś jest w stanie poradzić sobie z powyższym to w nagrodę otrzyma ładny, bynajmniej nie płaski mat przez cały dzień. Puder nie podkreśla suchych skórek, nie ma z nim żadnych problemów w postaci zapychania czy innych niespodzianek. Po jego użyciu buzia jest taka przyjemnie wygładzona :) Myślę, że gdyby był on dostępny stacjonarnie to wracałabym do niego regularnie. Póki co, od powrotów mam puder z Catrice, który jest w każdym Hebe czy Naturze.
Skład: Talc, Mica, Hydrogenated Polyisobutane, Nylon-12, Silica, Dimethicone, Zinc Stearate, Triacontanyl PVP, Sodium Dehydroacetate