Pora na zbiorowy post dotyczący moich produktów do pielęgnacji ust. Niektóre rzeczy pojawiają się u mnie po raz któryś, niektóre mają swoją premierę. Być może znajdziecie wśród nich również swoich ulubieńców bądź Waszym zdaniem totalne buble ;) Z chęcią przeczytam o Wasze opinie :)

Trochę mi się tego nazbierało, to fakt. Kiedy każda pomadka mieszka w osobnej torebce nie wydaje się być ich tak dużo. Gorzej jak zbierze się wszystko
do kupy. O dwóch produktach ze zdjęcia nie zamierzam się rozpisywać. Pierwszym jest
balsam Tisane, który uwielbiam zarówno w wersji w
sztyfcie jak i
słoiczku. Pewnie kupię jeszcze nie jedno i nie pięć opakowań, jak dla mnie absolutny hit wieczornej domowej pielęgnacji. Drugim produktem jest
truskawkowa wazelina, którą kupiłam niedawno mając w pamięci miłe wspomnienia po jej użytkowaniu jakieś 2 lata temu. Tym razem mam wrażenie, że kupiłam wstrętny, czerwony tłuszcz, który nie ma nawet najmniejszych właściwości pielęgnacyjnych. Nie wiem, czy to mój gust się tak wyrobił, czy po prostu spieprzono ten produkt, ale używać go dalej nie zamierzam....

Produktem, który polubiłam, choć moim zdaniem jest słabszy niż Tisane, jest
masło do ust z The Body Shop Chocomania. Kupiłam je ponad rok temu za
20zł gdy panował szał na czekoladową serię TBS. Masełko pachnie rewelacyjnie, ale moim zdaniem ma jeden znaczący minus- jest słodkie przez co chcąc nie chcąc zlizujemy je z ust i już po chwili trzeba ponownie aplikować produkt. Samo działanie uważam za średnie, na pewno nie pomoże spierzchniętym ustom. Nadaje się tylko do stosowania w domu, a od tego mam cięższy, wspomniany wyżej kaliber. Pewnie kiedyś skuszę się jeszcze na jakąś wersję zapachową, miałam już
kokosa i wrażenia co do niego mam podobne. Zapomniałam jeszcze, że tutaj drażni mnie naklejka, która dość szybko zaczęła się odklejać i łapać kurz ...

Pomadkę Nivea Fruity Shine w wersji truskawkowej kupiłam, bo akurat zapomniałam zabrać czegoś z domu. W rossmannie pomyślałam, że po co mi kolejna pomadka Alterry, kupię coś innego. To był błąd. Takiego badziewia dawno nie miałam. Nawilżenie jest praktycznie zerowe, na ustach zostają małe brokatowe drobinki i nieestetyczna czerwona poświata. Obecnie używam jej tylko w domu, bo po prostu jest za słaba, żeby na niej polegać. To pomadkowy niewypał, który skutecznie zniechęcił mnie do próbowania masełek Nivea w słoiczku...
Totalnym przeciwieństwem wspomnianej wyżej pomadki jest upolowany przypadkiem egzemplarz balsamu do ust Isany w wersji figa oraz granat. Pochodzi on z limitowanej edycji i kupiłam go za 3,5zł ;) Pomadka nie dość, że świetnie nawilża, to na ustach pozostawia prześliczny lekko różowy poblask. Bardzo często robi mi za cały makijaż ust :) Opakowanie może i nie wygląda zachęcająco, ale jak się na nią natkniecie to gorąco polecam jej zakup.

Kolejne dwie pomadki to Alverde w wersji waniliowo mandarynkowej oraz rumiankowa Alterry. Jedną i drugą bardzo lubię, praktycznie na równi z Tisane w sztyfcie. Do Alverde mam utrudniony dostęp i o ile w przypadku klasycznej wersji nie chciałoby mi się kombinować, to tak już dla połączenia wanilii i mandarynki przepłaciłam trzykrotnie zamawiając ją na allegro ;) Pomadki te są twarde, ale dobrze rozprowadzają się na ustach i co najważniejsze, nawilżają je na długie godziny. Alterra (to był chyba pierwszy produkt tej marki w rossmannie) ma specyficzny zapach olejku rycynowego, ale zupełnie mi on nie przeszkadza. Z pewnością kupię jeszcze nie jedną ;)

Produkty z serii Yes To ... nie są najtańsze, miałam jednak to szczęście, że cytrusową pomadkę Yes To Carrots kupiłam na wyprzedaży za 10zł w Sephorze. Jej działanie przyrównałabym do pomadek Alterry i Alverde. Różni się ona jednak dwoma zasadniczymi punktami, po pierwsze genialnie pachnie cytrusami, a po drugie jest bardzo miękka i lubi się lekko roztopić w opakowaniu. Ogólnie wolę pomadki w opakowaniach z większą nakrętką, te mniejsze jakoś non stop mi się brudzą, kleją itp. Cieszę się, że wypróbowałam tę pomadkę, ale więcej się na nią nie skuszę.

Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o odlewkach peelingów do ust, które jakiś czas temu dostałam od Anuli. Wiem, że większość osób uważa, że to zbędny gadżet i można je przygotować samemu. W sumie się z tym zgadzam, ale gotowy produkt powoduje, że częściej po peeling sięgam i dzięki temu mam zadbane usta :) Uważam, że zarówno wersja pomarańczowa z Pat & Rub jak i Bubble Gum z Lusha działają tak samo. Idealnie wygładzają usta, są świetnym podkładem dla nawilżającego balsamu. Dodatkowo są szalenie wydajne, oj polubiłam się z nimi i to bardzo ;)