Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alverde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alverde. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2013

Dwufazowa odżywka do włosów z aloesem i hibiskusem Alverde

Łezka mi się w oku kręci przy pisaniu tej recenzji, bo to ostatni pielęgnacyjny produkt z paczki, którą przywiozłam sobie w zeszłym roku z Bratysławy. No cóż, jeszcze 3 miesiące trzeba czekać na powtórkę tej eskapady ;) Z drugiej strony uświadamia mi to, że dwufazowa odżywka do włosów z aloesem i hibiskusem Alverde była szalenie wydajna, ponieważ starczyła mi na ponad 9 miesięcy codziennego używania!

Nie pamiętam już dokładnie ceny, ale jestem pewna, że nie przekraczała ona 5 ojro za 150ml. Starły mi się już słowackie napisy, niemieckim niestety nie podołam więc nie przywołam niczego ze słów producenta. Właściwie nie jest to konieczne, bo po takim czasie wyrobiłam sobie już konkretną opinię ;) Odżywka jak sama nazwa wskazuje składa się z dwóch faz, trzeba wstrząsnąć opakowaniem i wtedy dopiero aplikować ją na włosy. W przypadku moich bobaskowych włosów wystarczyły mi dosłownie dwa psiknięcia. Jaki dawało to efekt? Otóż włosy rozczesywało się lepiej i przy regularnym stosowaniu były bardziej błyszczące. Trzeba było jednak faktycznie uważać z jego ilością. Tłusta warstwa odżywki potrafiła przetłuścić włosy do tego stopnia, że nadawały się do ponownego mycia. Metodą prób i błędów wypracowałam sobie najlepszy dla siebie sposób aplikacji (nie polecam psikania na ręce i dopiero potem nakładania na włosy, tłuszczyk murowany). U mnie sprawdziły się wspomniane wyżej dwa psiknięcia z odległością wyciągniętej ręki z głową skierowana do dołu.

Z pewnością kupię ją ponownie za fakt nieobciążania włosów przy małej ilości użytego produktu i widoczny efekt. Nie zastąpi ona z pewnością odżywki ze spłukiwaniem czy maski, ale jest miłym dodatkiem w codziennej pielęgnacji włosów :)

wtorek, 7 maja 2013

Pielęgnacja ust: Alverde, Alterra, The Body Shop, Tisane, Nivea, Isana, Yes To Carrots, Lush, Pat&Rub

Pora na zbiorowy post dotyczący moich produktów do pielęgnacji ust. Niektóre rzeczy pojawiają się u mnie po raz któryś, niektóre mają swoją premierę. Być może znajdziecie wśród nich również swoich ulubieńców bądź Waszym zdaniem totalne buble ;) Z chęcią przeczytam o Wasze opinie :)


Trochę mi się tego nazbierało, to fakt. Kiedy każda pomadka mieszka w osobnej torebce nie wydaje się być ich tak dużo. Gorzej jak zbierze się wszystko do kupy. O dwóch produktach ze zdjęcia nie zamierzam się rozpisywać. Pierwszym jest balsam Tisane, który uwielbiam zarówno w wersji w sztyfcie jak i słoiczku. Pewnie kupię jeszcze nie jedno i nie pięć opakowań, jak dla mnie absolutny hit wieczornej domowej pielęgnacji. Drugim produktem jest truskawkowa wazelina, którą kupiłam niedawno mając w pamięci miłe wspomnienia po jej użytkowaniu jakieś 2 lata temu. Tym razem mam wrażenie, że kupiłam wstrętny, czerwony tłuszcz, który nie ma nawet najmniejszych właściwości pielęgnacyjnych. Nie wiem, czy to mój gust się tak wyrobił, czy po prostu spieprzono ten produkt, ale używać go dalej nie zamierzam....


Produktem, który polubiłam, choć moim zdaniem jest słabszy niż Tisane, jest masło do ust z The Body Shop Chocomania. Kupiłam je ponad rok temu za 20zł gdy panował szał na czekoladową serię TBS. Masełko pachnie rewelacyjnie, ale moim zdaniem ma jeden znaczący minus- jest słodkie przez co chcąc nie chcąc zlizujemy je z ust i już po chwili trzeba ponownie aplikować produkt. Samo działanie uważam za średnie, na pewno nie pomoże spierzchniętym ustom. Nadaje się tylko do stosowania w domu, a od tego mam cięższy, wspomniany wyżej kaliber. Pewnie kiedyś skuszę się jeszcze na jakąś wersję zapachową, miałam już kokosa i  wrażenia co do niego mam podobne. Zapomniałam jeszcze, że tutaj drażni mnie naklejka, która dość szybko zaczęła się odklejać i łapać kurz ...


Pomadkę Nivea Fruity Shine w wersji truskawkowej kupiłam, bo akurat zapomniałam zabrać czegoś z domu. W rossmannie pomyślałam, że po co mi kolejna pomadka Alterry, kupię coś innego. To był błąd. Takiego badziewia dawno nie miałam. Nawilżenie jest praktycznie zerowe, na ustach zostają małe brokatowe drobinki i nieestetyczna czerwona poświata. Obecnie używam jej tylko w domu, bo po prostu jest za słaba, żeby na niej polegać. To pomadkowy niewypał, który skutecznie zniechęcił mnie do próbowania masełek Nivea w słoiczku...


Totalnym przeciwieństwem wspomnianej wyżej pomadki jest upolowany przypadkiem egzemplarz balsamu do ust Isany w wersji figa oraz granat. Pochodzi on z limitowanej edycji i kupiłam go za 3,5zł ;) Pomadka nie dość, że świetnie nawilża, to na ustach pozostawia prześliczny lekko różowy poblask. Bardzo często robi mi za cały makijaż ust :) Opakowanie może i nie wygląda zachęcająco, ale jak się na nią natkniecie to gorąco polecam jej zakup.


Kolejne dwie pomadki to Alverde w wersji waniliowo mandarynkowej oraz rumiankowa Alterry. Jedną i drugą bardzo lubię, praktycznie na równi z Tisane w sztyfcie. Do Alverde mam utrudniony dostęp i o ile w przypadku klasycznej wersji nie chciałoby mi się kombinować, to tak już dla połączenia wanilii i mandarynki przepłaciłam trzykrotnie zamawiając ją na allegro ;) Pomadki te są twarde, ale dobrze rozprowadzają się na ustach i co najważniejsze, nawilżają je na długie godziny. Alterra (to był chyba pierwszy produkt tej marki w rossmannie) ma specyficzny zapach olejku rycynowego, ale zupełnie mi on nie przeszkadza. Z pewnością kupię jeszcze nie jedną ;)


Produkty z serii Yes To ... nie są najtańsze, miałam jednak to szczęście, że cytrusową pomadkę Yes To Carrots kupiłam na wyprzedaży za 10zł w Sephorze. Jej działanie przyrównałabym do pomadek Alterry i Alverde. Różni się ona jednak dwoma zasadniczymi punktami, po pierwsze genialnie pachnie cytrusami, a po drugie jest bardzo miękka i lubi się lekko roztopić w opakowaniu. Ogólnie wolę pomadki w opakowaniach z większą nakrętką, te mniejsze jakoś non stop mi się brudzą, kleją itp. Cieszę się, że wypróbowałam tę pomadkę, ale więcej się na nią nie skuszę. 


Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o odlewkach peelingów do ust, które jakiś czas temu dostałam od Anuli. Wiem, że większość osób uważa, że to zbędny gadżet i można je przygotować samemu. W sumie się z tym zgadzam, ale gotowy produkt powoduje, że częściej po peeling sięgam i dzięki temu mam zadbane usta :) Uważam, że zarówno wersja pomarańczowa z Pat & Rub jak i Bubble Gum z Lusha działają tak samo. Idealnie wygładzają usta, są świetnym podkładem dla nawilżającego balsamu. Dodatkowo są szalenie wydajne, oj polubiłam się z nimi i to bardzo ;)

piątek, 19 kwietnia 2013

Niszcz pryszcz! #3 Maseczka peelingująca do cery zanieczyszczonej Alverde

Dziś pora na kolejny post z mojej trądzikowej serii. Jest on sponsorowany przez maseczkę peelingującą do cery zanieczyszczonej od Alverde. Kupiłam ją za jakieś 2 ojro we wrześniu, skończyłam raptem kilka dni temu. 

Jak wiadomo przy cerze naznaczonej trądzikiem ważne jest zarówno złuszczanie jak i odpowiednie nawilżanie. Na mocne peelingi trzeba uważać, ponieważ mogą spowodować przemieszczanie się bakterii po całej twarzy, rozdrapywanie zagojonych już strupków i ogólnie narobić więcej szkody niż pożytku. Moim peelingującym faworytem jest korund ponieważ jego sypka forma pozwala mi na dawkowanie sobie tarcia, od bardzo delikatnego poprzez dodanie odrobiny korundu i dużej ilości żelu po bardzo mocny poprzez użycie samego korundu na wilgotną twarz. Nie o tym jednak mowa w dzisiejszym poście ;) Zmierzam do tego, że po peelingu skóra zawsze aż się prosi o jakąś maseczkę.

Maseczka pozytywnie mnie zaskoczyła, ponieważ nie spodziewałam się wiele po produkcie z drogerii. Niestety, nie jest tak dobra jak choćby glinka marokańska czy maska od Dr Ireny Eris, ale coś za coś- jej cena jest kilku(nasto)krotnie niższa. Tutaj otrzymujemy w typowej dla Alverde tubce brązową maź, która po nałożeniu powoli zastyga nam na twarzy. Spokojnie można ją trzymać z 20 minut bez niekomfortowego uczucia ściągnięcia. Co w tym czasie dzieje się z naszą skórą? Otóż wiele dobrego :)

Przede wszystkim czerwone miejsca stają się wyraźnie ukojone, pory zwężone a cała cera jest lekko rozjaśniona. Bardzo lubię to uczucie :) To uczucie ulgi jest przyjemne dla każdego, ale trądzikowcy wiedzą jak to jest kiedy wszystko piecze, boli i jest naciągnięte. 


Maska z alverde jest o tyle udana, że to hybryda peelingu i maseczki. Kiedy twarz do peelingu się nie nadaje nie musimy po niego sięgać. Po prostu podczas zmywania maseczki masujemy nią delikatnie twarz. W masce zatopione są drobinki, które są na tyle delikatne, że jeśli się nimi specjalnie nie popracuje to nie ma co liczyć na mocne tarcie ;) 
focia w lustrze w łazience musi być!
Choć przy tej masce efekty nie są tak spektakularne jak przy wspomnianych wyżej produktach to i tak bardzo przypadła mi do gustu. Jej wielką zaletą jest prostota jej aplikacji, nie ma żadnych proszków, rozcieńczania i mieszania. Nie każdy to lubi, mi to osobiście nie przeszkadza, ale przyznam, że czasem po prostu nie chce mi się bawić w małego chemika. 

Obecnie powróciłam do kapsułek Dermogal i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ktoś majstrował przy ich składzie i w ogóle już nie śmierdzą! Lubię je stosować po peelingu, nadmiar zetrzeć chusteczką i następnego dnia cieszyć się gładką buzią :)

Z chęcią poczytam o Waszych ulubionych maskach :)

piątek, 22 marca 2013

Peelingujemy się: Under 20 oraz Alverde

Uwielbiam peelingi. Zdzieranie naskórka to moje niezdrowe hobby, jakbym mogła robiłabym to codziennie, ba dwa razy dziennie albo i częściej ;) Kiedy jeszcze nie odróżniałam kremu na dzień od kremu na noc i z radością chodziłam z ładną cerą, niewymagającą krycia (czyli czasy podstawówki ;)) to już wtedy wiedziałam, że peeling to jest to :) Oczywiście zaczęłam od najniższej półki czyli Joanny w słynnych już małych buteleczkach. Zużyłam ich dziesiątki, zanim nadszedł czas mniej lub bardziej świadomej pielęgnacji. Ale do rzeczy :)


Bohaterami dzisiejszej notki są dwa peelingi, które ostatnio goszczą w mojej łazience. Jestem świadoma, że z moimi skłonnościami do wyprysków muszę stosować zdzieraki rozważnie i tak też staram się nimi operować. Od razu zaznaczam, że mocnego tarcia z nimi nie uraczymy, będzie to raczej przyjemne mizianie ;)


Jako pierwszy niech pójdzie na tapetę peeling myjący przeciw zaskórnikom z Under Twenty. Jak wdać na powyższym zdjęciu to niebieski żel, w którym zatopione jeszcze bardziej niebieskie peelingujące granulki. Wygląda niczym wersja hard żelu z BeBeauty. Samo działanie oceniam pozytywnie. Zdziera to, co ma zedrzeć i można manualnie sterować poziomem tarcia. Im mocniej naciskamy, tym więcej zdzieramy :) Nie zauważyłam przy nim żadnych podrażnień, podobnie jak i jakichkolwiek antypryszczowych właściwości. Nic się nie zmieniło, muchomorem jak byłam tak jestem nadal. Z pewnością jednak pozbyłam się problemu suchych skórek. Biorąc pod uwagę jego cenę i dużą pojemność to produkt, który opłaca się kupić o ile od peelingu wymagamy jedynie peelingowania. 


Drugim peelingiem, z którego wydobywam już ostatnie resztki jest peeling Alverde, wersja brzoskwinia i nagietek. Kupiłam go w Bratysławie za grosze, starczył mi na bardzo długo. Jest delikatniejszy niż jego niebieski koleżka. W pachnącym kremie zatopione są małe drobinki, których praktycznie nie widać na zdjęciu. Trzeba się nieco namachać, aby poczuć jakiekolwiek tarcie- zdecydowanie polecam ten peeling wszystkim wrażliwcom :)

Za jakiś czas sama wrócę do peelingu, który spisuje się u mnie najlepiej, mowa o korundzie ze sklepu Zrób Sobie Krem. Jego duże opakowanie trzymam u rodziców, najpierw chce wykończyć to, co mam ;)

Na koniec chcę się pochwalić rozświetlaczem, który trafił do mnie od Ewy. Oto kolejny gadżet podtrzebny do jarania się ;)


P.S.
Dziś w roli tła wystąpiła gościnnie Mona Lisa. Znowu wkręciłam się w układanie puzzli, a że akurat tylko taki obrazek był dostępny, to same rozumiecie ;)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Olejek do ciała z paczulą i czarną porzeczką Alverde

Olejek z paczulą i czarną porzeczką z Alverde jest znany chyba wszystkim. Podczas wakacji sprawiłam sobie jedną buteleczkę, żeby przekonać się o jego magicznej mocy. Około 3 ojro za flakonik z pompką to całkiem niezły dil ;) 


Zacznę od minusów- w moim egzemplarzu pompka była popsuta i buteleczka była non stop zalana olejkiem. Miałam wrażenie, że jest w gorszym stanie niż jej poprzednik z alterry, trzeba było uważać, żeby nie wypuścić jej z rąk. Po drugie powyższy olejek zupełnie nie sprawdził mi się na włosach- stawały się od niego przesuszone i napuszone- jak widać, to co służy tysiącom niekoniecznie musi posłużyć i mi. Za to nakładany na ciało to już zupełnie inna bajka, po prysznicu wcierałam go w jeszcze wilgotną skórę i przez długie godziny mogłam się cieszyć świetnym nawilżeniem (nie mylić z natłuszczeniem) oraz obłędnym zapachem. Często dodawałam go do glinek czy nawet do kremu na noc- buzia stawała się mięciutka i miła w dotyku :) Zdarzało mu się lądować nawet w kremie do stóp czy do rąk. 

Podsumowując- do ciała jak najbardziej, do włosów nie nie nie. Genialny zapach mocno mnie kusi aby sprowadzić kolejne buteleczki zza granicy, jednak olejek z alterry o zapachu granatu i awokado dział na mnie podobnie i co najważniejsze sprawdzał się też na włosy. Wiem, że olejki powoli wracają do rossmannów więc nie pozostaje mi nic innego jak czekać. W końcu mam jeszcze pół litra olejku arganowego, więc na pustkę w kosmetyczce nie mam co narzekać ;)

sobota, 12 stycznia 2013

Moje kremy do rąk- kity i hity, Alverde, Balea, Isana, Cztery Pory Roku

Cześć Dziewczyny :) Serdecznie dziękuję Wam za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia, które zamieściłyście pod poprzednim postem, dużo one dały, bo choróbsko już mnie prawie opuściło :) 

Od dawna już planowałam wpis o moich kremach do rąk. Nawet zdążyłam zrobić im już zdjęcie, oczywiście wszystko odwlekło się w czasie, kremów mi przybyło ;) Używam ich wszystkich na raz i podejrzewam, że niedługo czeka mnie masowe wykończenie tych produktów. Zapraszam Was na zbiorczą recenzję moich mazideł ;)


Od tego się zaczęło, potem się rozrosło ;)

Krem do rąk Balea o zapachu mango to moja absolutna miłość. Żałuję, że nie kupiłam więcej opakowań, przyznam, że w DM wzięłam go nieco z braku laku. Zapach ma obłędny, nie pogardziłabym takimi perfumami. Co więcej rewelacyjnie nawilża moje dłonie na długie godziny. Nieoceniony przy stosowaniu w zimie oraz na noc. Jest bardzo gęsty i treściwy, jego aplikacja to prawdziwa przyjemność. Jeśli za szybko nie pojadę do Bratysławy to z pewnością będę go ściągać przez Allego, bo jak najbardziej warto. Już nie pamiętam dokładnie za ile go kupiłam, ale wydaje mi się, że nie było to więcej niż 1 ojro. No śmiech na sali ;)




Kolejna pamiątka z Bratysławy. Nagietkowy krem do rąk Alverde. Mogłabym napisać o jego właściwościach to samo, co o kremie Balea, niestety tutaj już nie będę tak bardzo rozpływać się nad jego zapachem. Nagietek czyli taka typowa woń "kwiatków polnych", że tak to określę ;) Jego pojemność to 75ml, idealnie sprawdzał się do torebki, teraz zaczął mi się kończyć i trzymam go koło komputera, bo tak łatwiej mi go zużyć ;)

W końcu coś dostępnego u nas :) Krem do rąk Isany z kwiatem pomarańczy. Jedną tubkę kupiłam sobie sama, drugą dostałam w paczce z kosmetykami rossmanna, trzecią kupiłam mamie. Gdy już opadły mi pierwsze zachwyty nad kolejnym limitowanym kremem Isany doszłam do wniosku, że wcale nie jest taki fajny jak jego migdałowy brat. Nawilżenie pozostawia nieco do życzenia, zapach męczy na dłuższą metę. Jednak moja mam jest nim zachwycona i zgarnęła wszystkie tubki :D Na jej dłonie, które już jednak mają swoje lata działa rewelacyjnie, więc podejrzewam, że to racze ja mam z nim problem ;) Czekam na kolejne limitowane produktu Isany :)


Kolejne dwa kremy to rozkoszne bubelki z Czterech Pór Roku. 


Dałam się złapać na ładne opakowanie i kupiłam od razu dwa. Poza ładnymi zapachami nie mają nam do zaoferowania nic a nic. Może czerwona wersja jest ciut lepsza, ale ogólnie i tak dramat. Omijajcie szerokim łukiem. Trzymam jeden w kuchni, drugi w łazience i używam zawsze po myciu rąk. 

Rozgrzewający sratatata...
Co by nie kończyć tak pesymistycznie pokażę Wam moje mega odkrycie. W tym przypadku miliony wizażanek nie mogły się mylić i w moim odczuciu jak najbardziej zasłużenie przyznały tytuł Kosmetyku Wszech Czasów Isanie, a dokładnie jej kremowi do rąk z mocznikiem. 


Jakby na świecie został tylko ten krem oraz mango z Balei to nie przeszkadzałoby mi to ;) Kupiłam od razu wersję w tubce przeznaczoną do rąk oraz w słoiczku do ciała. Jednego i drugiego używam naprzemiennie na dłonie, stopy, czasem na łokcie czy nawet na podrażniony katarem nos i jestem zachwycona. Taka jakość za tak małe pieniądze- ideał znaleziony :)

wtorek, 8 stycznia 2013

Maska do włosów z aloesem i hibiskusem Alverde

Jak za oknem jest każdy widzi, długo nie musiałam czekać aż przeziębienie dopadło i mnie. Otaczam się herbatą z cytryną, rosołkiem oraz syropem z cebuli. Nici z planowanego wyjścia na basen, ale co poradzić, czasem tak jest, że niektórych rzeczy się po prostu nie przeskoczy. 

W tym oto marudzącym nastroju przychodzę do Was z wielkim rozczarowaniem jakim okazała się w moim przypadku maska do włosów Alverde z aloesem i hibiskusem. Czytałam o niej na Waszych blogach tyle dobrego, że liczyłam na świetne efekty i u mnie.

Niestety, ale niemiłosiernie obciąża mi włosy. Gdy nakładam jej minimalną ilość to wtedy po zmyciu mam na głowie wielki kołtun, włosy następnego dnia są napuszone i szorstkie. Gdy nałożę jej od serca, to włosy wyglądają jakby były przetłuszczone, nie jestem w stanie znaleźć złotego środka, już nie pamiętam kiedy ostatnio miałam takie przeboje z jakąś maską czy odżywką do włosów. Był może posiadaczki grubych włosów będą z niej zadowolone, dla mnie to istny dramat, który skończy jak to niewydarzone maski czyli w roli pianki do golenia nóg...

3 ojro to nie majątek, mimo wszystko nie lubię czuć się rozczarowana produktem. Z trzech masek, które przywiozłam z Bratysławy tylko jedna się spisała, dwie okazały się być bublami.


Polecam polowanie na maskę z awokado i winogronami. W zapasach mam jeszcze maskę i odżywkę z Ziai, o ile nie zwalą mnie z nóg to grzecznie wracam do wielkiego odkrycia jakim okazała się być dla mnie maska Kallosa :)

A tymczasem uciekam po kocyk, buziaki!

środa, 19 grudnia 2012

Maska do włosów z winogronami i awokado Alverde

Po niezbyt udanej kuracji nabłyszczającej z morelą i cytryną z przyjemnością sięgnęłam po coś innego od Alverde licząc na to, że tym razem nie trafię na bubla. Tym razem padło na maskę do włosów z winogronami i awokado przeznaczoną do włosów suchych i farbowanych. Kosztowała mnie 3 ojro za 100ml. Jak pewnie wiecie, włosów farbowanych nie mam, często narzekam na to, że bardzo łatwo je obciążyć. Sięgnęłam po maskę z tego powodu, że włosy mi mocno urosły i ich końcówki nie wyglądają najlepiej. Od dawna wybieram się do fryzjera, żeby przywrócić mojego boba, w którym czuję się najlepiej, ale coś dotrzeć nie mogę ;)

Maska jest świetna! Jest niesamowicie gęsta, pachnie cudownie (tym z Was, którym nie spodobał się zapach olejku Alterry z granatem i awokado raczej nie przypadnie on do gustu ;)). Przy mojej długości włosów wystarczy odrobina, żeby nałożyć ją na włosy od ucha dół. Maska rewelacyjnie wygładza włosy i sprawia, że szczotka potem wchodzi w nie jak w masło. Co więcej, nie przeciąża ich oraz sprawia, że nie puszą się następnego dnia. Dla mnie to wystarczy, żebym dany produkt pokochała :) Niezmiernie żałuję, że nie mam do niej dostępu na co dzień, ale przy kolejnej wizycie na Słowacji przywiozę sobie cały karton hłe hłe. 


Jak widać z wakacyjnych zdobyczy została mi już tylko maska z aloesem i hibiskusem. Zanim się za nią zabiorę muszę wykończyć sporą odlewkę maski z Kallosa, która również skradła moje serce i obecnie rozpieszcza moje przydługie włosy ;)

sobota, 1 grudnia 2012

Oczyszczająca pianka z jedwabiem Alverde

Dzisiejszy post to taki trochę wspomnień czar, ponieważ będę pisać o produkcie, który już wyzerowałam. Oczyszczającą piankę z jedwabiem Alverde kupiłam podczas urlopu w Bratysławie i powiem tyle: żałuję, że nie wzięłam więcej butelek! Koszt to około 3 orjo za 150ml. 

Pianka jest niczym vizir, wymyje wszystko prócz kieszeni (lol!). Tak na poważnie to chciałam jej używać jedynie jako substytut żelu do mycia twarzy, jednak moje przeogromne lenistwo wymusiło na mnie użycie jej jako środka do demakijażu, oczyszczania i ogólnie miliona rzeczy w jednym, tak aby przygotować skórę twarzy pod aplikację kremu. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pianka doskonale sobie z wszystkim tym radzi. Jedna porcja miłej, pachnącej czystością (nie mylić ze środkami czystości) piany robiła z moją buzią wszystko co, do czego na co dzień potrzebuję przynajmniej 3 produktów. 

Ubolewam nad jej końcem, jednocześnie zaczynam rozglądać się za innymi piankami do mycia twarzy. Polubiłam się z taką konsystencją :)


Skład: Aqua, GlycineSoja Oil, Glycerin, Alcohol, Coco Glucoside, Caprylic/ Capric Triglyceride, Sodium Coco Sulfate, Sodium Lactate, Sodium Cocoyl Glutamate, Disodium Cocoyl Glutamate, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Bambusa Arundinacea Extract, Serica, Shorea Stenoptera Butter, Parfum, Linalool, Limonene, Citral, Geraniol.

niedziela, 11 listopada 2012

Alverde, Kuracja nabłyszczająca do włosów z morelą i cytryną

Podczas tegorocznego urlopu, który spędziłam w Bratysławie pierwszy raz odwiedziłam drogerię DM. Oczy mi się zaświeciły i chciałam kupić wszystko :) Z powodu choroby przed wyjazdem nie miałam kiedy poszukać informacji na temat kosmetyków dostępnych w tej sieci. Chociaż dużo o nich czytałam to po wejściu do drogerii pamiętałam tylko, że nie wyjdę z niej bez olejku z aronii i paczuli, resztę brałam tak na oko ;)

Takie nieprzemyślane zakupy wiążą się z tym, że chcąc nie chcąc trafimy na bubla. Być może bubel to za mocne określenie nabłyszczającej kuracji do włosów z cytryną i morelą, jednak mocno się na niej zawiodłam. Po pierwsze o żadnym nabłyszczeniu nie może być mowy, kuracja ta niczym się nie różni od zwykłych odżywek z niższej półki. Owszem, trochę ułatwia rozczesanie włosów jednak nie zaobserwowałam obiecanego przez producenta wygładzenia. Niestety za jej sprawą włosy mi się mocno puszą, a tego szczerze nie znoszę :( Podoba mi się jej zapach, bardo gęsta konsystencja, która przy moich włosach do ramion sprawdza się jak znalazł. Niestety to  za mało :( Jej cena to około 3 ojro za 100ml, teraz już zapamiętam, czego nie brać przy następnej wizycie w DM ;)


Jedyną rzeczą, którą przewidziałam podczas bratysławskich zakupów było to, że mogę się na czymś sparzyć, więc wzięłam wszystkie produkty do włosów, jakie znajdowały się w powyższych tubkach, taka jestem cwana, a co :D

poniedziałek, 29 października 2012

Maseczki, woda różana i kolejne zastosowanie olejków czyli rozpieszczamy twarz

Dziś rano pakowałam dla koleżanki próbkę polinezyjskiej maski ściągająco-detoksykującej od Dr Ireny Eris, którą dostałam jakiś czas temu od Laboratorium Kosmetycznego Dr Ireny Eris i zaczęłam zachodzić w głowę, dlaczego do tej pory nie napisałam Wam o niej nic a nic? Żeby nie było nudno, sięgnęłam od razu po kolejne produkty, które ostatnio rewelacyjnie dbają o moją twarz i pomagają mi walczyć z jesiennym pogorszeniem stanu mojej cery. 


Oprócz wyżej wymienionej maski będzie dzisiaj o glince marokańskiej Synesis, olejku Alverde z paczulą i czarną porzeczką oraz wodzie różanej Dabur. Ale po kolei ;)


Maska od Dr Ireny Eris jest z założenia produktem luksusowym, jej cena to 99zł za 50ml czyli zgodzimy się chyba, że do najtańszych nie należy. Na szczęście jej działanie w pełni to rekompensuje. Opakowanie jest bardzo ładne, za rewelacyjny uważam pomysł wsadzenia do słoiczka gumowej nakładki, która zapobiega wysychaniu maski, szczerze- spotykam się z tym pierwszy raz i chciałabym, żeby inni producenci kosmetyków podpatrzyli ten patent ;)


Działanie? Jest świetnie! Maska bardzo pomaga w walce z niedoskonałościami. Nie powiem, żeby sprawiała, że pryszcze schodzą po jednym nałożeniu, ale pięknie zwęża pory, łagodzi podrażnienia, delikatnie rozjaśnia skórę oraz widocznie ją wygładza. Jej działanie jest widoczne gołym okiem już po pierwszej aplikacji.


Co więcej maska ma w sobie malutkie drobinki, przy jej zmywaniu chcąc nie chcąc fundujemy sobie peeling :)

Maska ta wydawała być się idealna i byłam skłonna ją kupić, ponieważ jej wysoką cenę mocno zaniża jej wydajność, jednak dostałam od koleżanki inne cudo, które sprawiło, że śmiało mogę powiedzieć, że znalazłam maseczkę idealną :) Mowa oczywiście o glince marokańskiej z Synesis

stylistka.pl

Glinka działa dokładnie tak samo jak maska Dr Ireny Eris, tylko efekty są dosłownie 3 razy bardziej intensywne. Jedyną wadą, jest konieczność samodzielnego przygotowania maski. Jedną łyżeczkę glinki mieszam z łyżeczką wody różanej Dabur oraz kilkoma kroplami olejku Alverde, dzięki temu mam nie tylko ucztę dla skóry ale i dla nosa, kocham zapach tej mikstury ;) Olejek sprawia, że glinka o wiele wolniej zasycha, dodatkowo skóra wypija z niego cenne składniki ;) Cena tej glinki to kolejno: 10zł/40g, 60zł/550g, 99zł/1220g. Na stronie znalazłam dodatkowo informację, że w przypadku złożenia zamówienia w dniu urodzin lub imienin dostajemy zniżkę 20% :)

Jak widać, wyglądam stylowo ;) Należy pamiętać, aby taką maseczkę spryskiwać czymś, może być woda mineralna, hydrolat czy tak jak w moim przypadku woda różana. Kupiłam ją ostatnio sklepie Hefly we Wrocławiu (przy ulicy Mikołaja, jest tam przesympatyczna pani, która ma dużą wiedzę na temat kosmetyków i potrafi dobrze doradzić co i jak ;)), kosztowała 13zł/250ml. Używam jej nie tylko do przygotowywania glinki ale też po prostu jako toniku i swoim działaniem pokonała nawet mojego dotychczasowego ulubieńca z Lirene. Irytuje mnie jedynie jego toporne opakowanie, niczym Staropolanki w szklanej butelce, którą pamiętam z dzieciństwa ;)

Reasumując moje maseczkowe wywody: obie maseczki są świetne. Dla tych który nie lubią się bawić w przelewanie, rozcieńczanie itp, maska od Dr Ireny Eris będzie w sam raz. Z kolei mali chemicy odnajdą się przy glince marokańskiej, która swoim działaniem wynagrodzi sajgon powstały przy jej przygotowywaniu ;)

czwartek, 27 września 2012

Bratysława 2012

Cześć Dziewczyny :) Dawno mnie tu już nie było. Wyjaśnienie mam nadzwyczaj proste, najpierw na tydzień rozłożyła mnie choroba, następnie udałam się na urlop do Bratysławy. Wynagrodził mi on wszelkie boleści związane z przeziębieniem. To przepiękne miasto, które jest dla mnie swego rodzaju małą Pragą, tylko bez miliona turystów na metr kwadratowy. Zakochałam się w nim bez pamięci i z bólem serca wracałam do Wrocławia.


Dobre, zimne piwo :)


Więcej dobrego, zimnego piwa :) Tym razem na szczycie góry zamkowej z przepięknym widokiem na miasto.



Na powyższym zdjęciu widać most z restauracją znajdującą się na przęśle. Wygląda ona niczym UFO i tak też się nazywa.


Kofola moja miłość <3



Rynek bardzo mały, ale niezwykle zadbany.


:D


Zadowolona ja ;)



Oryginalna skrzynka na listy.

Na koniec pochwalę się moimi pamiątkami ;) Wyjazd za granicę nie mógł się obyć bez wizyty w drogerii.  Stolica Słowacji okazała się obfitować drogerie DM i tam postanowiłam przepuścić kilka euro ;) W końcu dorwałam coś z Alverde :)


Pianka oczyszczająca z jedwabiem, maseczka peelingująca, peeling morelowy, krem do rąk z nagietkiem, olejek z paczulą i porzeczką, maski do włosów: awokado, morelą i hibiskusem oraz dwufazowa odżywka do włosów z hibiskusem. Oprócz tego sprawiłam sobie krem do rąk firmy Balea o obłędnym zapachu mango. Jak widać na zdjęciach nie mogłam oprzeć się kubkowi i magnesowi z napisem I <3 Bratislava, urzekło mnie to logo totalnie ;)


Do tego sprawiłam sobie kilka kosmetyków, które umknęły mi gdzieś w naszych drogeriach: róż Catrice z limitowanej edycji Revolitare oraz pomadka essence w kolorze 44 Almost Famous. Największą chrapkę miałam jednak na pomadkę Maybelline z serii Popsticks, czyli wyglądającej i pachnącej jak żelki :) Sprawiłam sobie odcień 030 Pink Lollipop. Oprócz tego w ręce wpadł mi róż w kremie od Alverde, jedyny kosmetyk z ich kolorówki, który mnie zaciekawił.

Oj trudno mi się teraz przestawić na stare, wrocławskie tory ;)