Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inglot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inglot. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2014

Moje pędzle

Już od dawna zbierałam się za wpis o moich pędzlach. W porównaniu z większością mam ich bardzo mało. Podejrzewam, że nie jedna osoba ma więcej pędzli do samego rozcierania cieni, niż ja wszystkich razem wziętych :D Dodatkowo, ktoś jeszcze mi je jeszcze podkrada ;)


Na poniższym zdjęciu widzicie moją całą pędzlową kolekcję szkładającą się z ośmiu (tak ośmiu, i co na to powiedzą fanki minimalizmu? :D) pędzli. Wszystkie kupiłam sama i niektóre służą mi już bliko 5 lat! 


O moje pędzle bardzo dbam. Suszę w odpowiedniej pozycji, myję delikatnie szamponem lub mydełkiem dla dzieci. Co najważniejsze, pędzle do cieni, eyelinera, pudru oraz podkładu myję po każdym jednym użyciu. Weszło mi to już w nawyk jako element porannego makijażu podobnie jak tuszowanie rzęs. Cała reszta ma fundowaną kompleksową kąpiel raz w tygodniu. Tyle tytułem wstępu, teraz przyjrzyjmy się bliżej każdemu z nich:


Pędzel do pudru Basic kupiłam w nieistniejącej już w Bielawie drogerii Schlecker jakieś 3 lata temu. Kosztował mnie 10zł i nie mogę wyjść z podziwu, że za tak śmieszne pieniądze mam tak rewelacyjny pędzel. Włosie jest zbite i idealnie nadaje się zarówno do pudrów sypkich jak i prasowanych. 


Jest malutki i idealnie nadaje się do poróżnej kosmetyczki. Przez cały czas jaki go mam zgubił kilka włosków, ale jestem pewna, że jeszcze długo mi posłuży. W pewnym momencie bardzo chciałam dokupić pędzel do pudru na długiej rączce, ale stwierdziłam, że w sumie nie mam takiej potrzeby, bo ten w zupelności mi wystarcza. 


Najnowszym pędzlem w moim zbiorze jest ten z Maestro o nr 120, wielkości 24. Kupiłam go rok temu w kwietniu na targach kosmetycznych we Wrocławiu za 30zł. Od tej pory sięgam po niego praktycznie codziennie. 


Sprawdza mi się zarówno przy nakładaniu różu, brązera jak i rozświetlacza. Pędzel uniwersalny ;) Rzadko kiedy sięgam po te trzy produkty na raz, więc nie mam problemu ze zmieszaniem odcieni. Myję go średnio co 2-3 dni i muszę przyznać, że dość często zdarza mu się zgubić jakiś włosek. Mimo wszystko i tak poleciłabym go każdemu, bo ma idealny ksztalt dla niewprawnych rąk ;)


Pędzel, którego praktycznie nie używam to ten do korektora z Ecotools. Nawet w tak małym zbiorze zdarzają się nieużytki ;) Kupiłam go przy okazji większych internetowych zakupów za jakieś 15zł, niestety albo ja nie umiem nakładać nim korektora, albo po prostu ten, który mam się z nim nie może dogadać. 


Czasem nakładam nim cień na całą powiekę, żeby było szybciej :D Szkoda, że się nie sprawdził, może przy innym korektorze będzie lepiej?


Absolutnym hitem mojego zbiorku jest pędzel do podkładu Hakuro H51. Pędzel legenda, którego nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. W 100% spełnia moje oczekiwania, kupiłam go jakieś dwa lata temu za 40zł i spokojnie mogę powiedzieć, że byly to jedne z lepiej wydanych pieniędzy na kolorówkę w ogóle. 


Myję go codziennie, czasem zdarza mu się zgubić jakiś włosek, ale to sporadyczne sytuacje. Od kiedy go mam cieszę się zupełnie nową jakościa nakładania podkładu. Gorąco polecam każdemu :)


Pędzelki z essence do cieni i eyelinera to jedne z moich pierwszych w ogóle. Kosztowały jakieś śmieszne 6-7zł i co tu dużo pisać, najwyższej jakości to one nie są ;) Nie wymagam jednak cudów od pędzla do nakładania cienia, więc nie mam z nim problemu. 


Ten do eyelinera świetnie spisywał się do żelowych w słoiczku. Niestety zarówno Essence jak i Catrice wycofały je ze swojej sprzedaży i został mi tylko pędzel ;(


Do eyelinerów w kałamarzu używam dość charakterystycznego, wygiętego pędzla z Inglota 30 T. Kosztował 20zł (dwa lata temu). Na początku miałam spore problemy, żeby nim cokolwiek namalować, ale już nabrałam większej wprawy.


Precyzyjny pędzel jest świetny do cienkich kresek. To zdecydowanie ulubiony pędzel mojego kota, najczęściej go znajduję w jego tajnej kryjówce, gdzie chowa różne rzeczy .... 


Najstarszym pędzlem w moim zbiorze jest ten dwustronny z H&M. Z jednej strony zakończny jest skośną końcowką, idealną do nakładania cienia na brwi lub rysowania cienkiej kreski.


Druga końcówka służy mi do rozcierania cieni. To właściwie jedyny rodzaj pędzla, ktory by mi się przydał. Z drugiej strony makijaże wyższych lotów wykonuję tak rzadko, że sama nie wiem, czy jest sens kupować coś nowego...


To by było wszystko :) Oprócz wspomnianego pędzla do blendowania mam ochotę na grubaska do brązera z Ecotools. Chciałabym też wypróbować słynne jajko, najlepiej w niskobudżetowej wersji Ebelin ;) Póki co, w zupełności wystarczają mi mieszkańcy mojego kubka.


Teraz czekam na komentarze o treści: jaki mogę żyć z taką małą ilością pędzli :D

piątek, 14 marca 2014

Inglot Face Blush 72

Bardzo lubię kosmetyki firmy Inglot. Nie zawiodłam się jeszcze na żadnym z nich. Wiadomo, ich cienie do powiek są wręcz kultowe i nawet nie mam co o nich wspominać, ale przykładowo inglotowy rozświetlacz oraz miętowy lakier do paznokci należą do moich ulubionych kosmetyków ever ;) Do tej gromadki zdecydowanie należy również róż do policzków w odcieniu 72.


Często przy okazji postów, gdzie prezentowane są róże przewija się temat: gdybyś miała wybrać tylko jeden róż, to który by to był? Choć mnie się nikt o to nie pytał, to uprzedzę fakty i powiem: TEN! Odcień 72 jest chyba najpopularniejszym pośród inglotowych różów, pewnie dlatego, że pasuje do słowiańskiego typu urody. Ja się w niego jak najbardziej wpisuję dzięki temu mam dobrze dobrany kosmetyk.


Opakowanie mieści 2,5g produktu i jest to stosunkowo mało gdy porównamy je przykładowo z różami Catrice, które mają nawet po 8g. Muszę jednak przyznać, że choć róż mam już prawie 2 lata, sięgam po niego bardzo często, to i tak nie dobiłam dna. Najbardziej odpowiada mi w nim możliwość stopniowania efektu. Początkowo daje lekko zauważalny rumieniec, z każdym kolejnym muśnięciem efekt jest spotęgowany (można z siebie zrobić nawet matrioszkę jak ktoś lubi ;))



Obok widzicie mnie z właśnie taką wersją light ;) Dodam tylko, że róż kosztuje 20zł, co w przełożeniu na jego wydajność i znakomitą jakość daje świetną cenę. Choć jestem z niego bardzo zadowolona to nie mam ochoty eksplorować innych kolorów, mam wrażenie, że lepiej dobranego niż ten i tak nie znajdę ;) 


Miłego weekendu!
:*

niedziela, 14 lipca 2013

Pierwsza pomoc w rysowaniu kreski

Nigdy nie byłam ekspertem w rysowaniu kresek. Czasem wyjdą ładnie, czasem paskudne. Zazwyczaj jak mi zależy, żeby było wszystko równo to jest ta druga opcja, oczywiście krechy machnięte od niechcenia zazwyczaj wyglądają lepiej niż te, nad którymi siedziałam godzinami. No nieważne. Niby nauka czyni mistrza, jednak lata malowania doprowadziły mnie do tego, że bez odpowiedniego osprzętu nie mam się za co zabierać ;)


Podstawą jest dobry pędzelek. Moim pierwszym był ten z essence, nie dość, że bardzo tani to powszechnie dostępny- w sam raz na początek. Nie mówię, że z czasem stałam się bardziej wymagająca, bo pewnie gdyby nie YT i blogi to w życiu bym nie usłyszała o moim drugim i jak do tej pory ostatnim pędzlu do eyelinera czyli skośnym 30T z inglota. Choć potrzebowałam chwili, żeby załapać jak go trzymać to teraz nie wyobrażam sobie kreski bez niego. Jakoś lepiej leży w ręce niż ten z essence, jest bardziej precyzyjny. Tego pierwszego oczywiście nie wyrzuciłam, używam go codziennie do podkreślania brwi.


Pędzelek sam jednak kreski za nas nie namaluje. Czasem ręka zadrży i katastrofa gotowa. Tutaj moim odkryciem ostatnich miesięcy są waciki kosmetyczne z rossmanna. Kupiłam je za mniej jak 2zł, a są po prostu niezastąpione przy poprawkach, sprawują się o niebo lepiej od swoich klasycznych, niewyprofilowanych braci. 


Gdy mam już pędzelek i wacik to mogę spokojnie sięgać po ulubiony eyeliner. Jest nim bezapelacyjnie żelowy z essence. Prawie wykończyłam wycofany już brązowy odcień i z pewnością wrócę po jego czarnego brata. Wiem, że nie wszyscy za nimi przepadają, ale przecież najważniejsze to znaleźć coś w sam raz dla siebie, czyż nie? ;)


Jakbym miała wybierać między cieniami do powiek a eyelinerem to bez mrugnięcia wybrałabym eyeliner :) Jednak z kreską na oku czuję się najlepiej.

A jak jest u Was? 

sobota, 13 kwietnia 2013

Puder rozświetlający AMC #83 Inglot

Cześć kochane! :) Od dłuższego czasu zbieram się z pokazaniem Wam mojego absolutnego makijażowego ulubieńca jakim jest puder rozświetlający AMC #83 z Inglota. Od zawsze byłam wielką fanką gładkiej i pięknie rozświetlonej buzi. Nie sądziłam, że mi samej uda się taki efekt uzyskać, ale ten produkt przekonał mnie, że jak tylko uda mi się pozbyć niedoskonałości to będę bliska ideału ;)


Podoba mi się w nim wszystko. Opakowanie, kolorowe paseczki, minimalistyczny styl charakterystyczny dla Inglota. Me like. Ogólnie skojarzenie z Bobbi Brown jest jak najbardziej na miejscu ;)


Jak widać kolory są różne, jednak ja zawsze miziam po wszystkich paskach pędzlem i nakładam na twarz.


Ma on w sobie mikroskopijne drobinki, ale na twarzy daje efekt tafli. Nie sposób z nim przesadzić (no okej, w sumie dla ludzi nie ma rzeczy niemożliwych), cudownie nabiera się na pędzel. Produktu jest dużo i z pewnością starczy na lata. w tym momencie biorąc pod uwagę jego cenę 40zł/9g to wychodzi bardzo tanio. 


Wyżej widzicie jak prezentuje się na moim pysiu :D Nie zaobserwowałam przy nim żadnego zapychania, co czasem mi się zdarza przy produktach tego typu. Uwielbiam go też za jakiego trwałość- u mnie spokojnie siedzi na twarzy cały dzień. Nie stosowałam go jako rozświetlacz pod łuk brwiowy albo w wewnętrzny kącik oka, ale czytałam, że w takiej formie też się sprawdził. W skrócie to mój rozświetlacz idealny :) 

niedziela, 2 grudnia 2012

Inglot 969

Cześć Dziewczyny :) Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam mój pierwszy po jakiejś 5-6 letniej przerwie lakier z Inglota. Od dawna chodził za mną miętowy kolor, miałam jednak problem ze znalezieniem odcienia, który nie będzie zbyt niebieski czy zielony. Tutaj mam wszystko to, co chciałam :) Jego numer to 969 i kosztuje standardowo 20zł.


Przyznam, że obawiałam się nieco jego konsystencji. O tych lakierach krążą w internecie niezbyt pochlebne opinie, że smużą, że szybko zastygają, są za gęste itp itd. W przypadku tego miętuska o niczym takim nie może być mowy. Lakier do pełnego krycia potrzebował 2-3 warstw w zależności od tego ile nabrało mi się go na pędzelek. Konsystencja i trwałość również sá w porządku, póki co nie jestem zrażona do lakierów Inglota, wręcz przeciwnie ;)


Już nabrałam ochoty na koral, róż i czerwień, ale w sumie mam takie odcienie w swoim lakierowym pudełeczku więc dałam sobie na wstrzymanie ;)

czwartek, 8 listopada 2012

Nowości, nowości!

Wczoraj w ramach małej, koleżeńskiej wymiany kosmetycznej otrzymałam tak fantastyczne produkty (przynajmniej pod względem wizualnym ;)), że muszę się nimi pochwalić :) Wiadomo, na recenzje przyjdzie jeszcze czas, ale ja i tak już jestem zachwycona ;). W moje ręce trafiły: rozświetlacz z Inglota w kolorze 84, czekoladowy rozświetlacz z Bourjois oraz cień Deborah.


To wszystko jest takie ładne :) Nad rozświetlaczami z Inglota ostatnio dumałam w ich stacjonarnym sklepie, czekolady z Bourjois intrygowały mnie od dawna. Z kolei cień Deborah to podobno straszny bubel i mam się o tym przekonać na własnym oku, no cóż po pierwszych podejściach do niego widzę, że dobrym produktem to on nie jest... 

niedziela, 15 lipca 2012

Corine de Farme świetlista cera + znowu poszłam do Inglota

Cześć Dziewczyny! Dziś pora na kilka słów na temat kremu do twarzy Corine de Farme świetlista cera. Nie posiadam jego pełnowymiarowego opakowania, ale jakiś czas temu dostałam od Obsession aż 6 próbek po 5ml, jak łatwo policzyć dało mi to 30ml kremu, wydaje mi się, że to już całkiem sporo, żebym wyrobiła sobie na jego temat taką a nie inną opinię. Normalnie, za 50ml kremu zapłacimy około 15zł. 


Krem ten ma konsystencję żelu i jest niesamowicie lekki. Wchłania się w mgnieniu oka, pozostawiając skórę nawilżoną na długie godziny. Pięknie pachnie, podobnie jak seria Sopot Spa z Ziai. Świetnie nadaje się pod makijaż, skóra po nim się nie świeci, choć krem nie zapewnia matu na długie godziny. Myślę, że to świetny produkt na lato dla posiadaczek cer normalnych i mieszanych. Dodatkowo podoba mi się, że ma przyjazny skład, spójrzcie same:


Wszystkie saszetki są już opróżnione do ostatniej kropli i lądują w koszu, cieszę się, że odkryłam kolejny świetny produkt :)

Dwa dni temu w ramach nagradzania samej siebie ponownie wybrałam się do Inglota i ponownie zostawiłam w nim 19zł ;) Tym razem zdecydowałam się na róż do policzków, nie miałam pojęcia, jaki chcę kolor, na szczęście z pomocą przyszła przemiła Pani pracująca w Inglocie w Arkadach Wrocławskich. O wiele bardziej wolę chodzić tam, niż robić zakupy przy wyspach w innych centrach handlowych. 


Pani doradziła mi kolor 72, na zdjęciu dokładnie widać jaki to odcień. Zastanawiam się jeszcze, czy nie wrócić tam po jakiś róż w odcieniu brzoskwini, ale nie wiem, czy będzie w ogóle do mnie pasować ;)

Miłej niedzieli!

czwartek, 5 lipca 2012

W Inglocie byłam...

... i pędzelek kupiłam ;) Długo miałam przed nim opory i dalej nie wiem jak to zgięcie ma mi pomóc w malowaniu idealnych kresek. 


Pomalujemy i zobaczymy ;)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Moje cienie plus kolorowe nowości

Od jakiegoś czasu coraz tęskniej spoglądam w stronę kolorówki. Zawsze to pielęgnacja była moim konikiem i pewnie tak pozostanie, bo nie czuję się na siłach, żeby tworzyć jakieś niezwykłe makijaże. Nie zmienia to faktu, że jednak sporo radości daje mi kompletowanie różnych kolorów oraz samo malowanie się. Dlatego postanowiłam zrobić przegląd moich cieni, pewnie część z Was nie uwierzy, że można mieć ich tak mało :D Owszem, można ;) Za jakiś czas wrócę sobie do tego wpisu i zobaczę jak rozrosła się moja kolekcja ;) Zdjęcia zrobiłam wczoraj, a już dziś mam nowy cień do kolekcji ;)


Cienie, z których korzystam najczęściej mieszkają w palecie magnetycznej z inglota. To świetne rozwiązanie, bo wszystko jest w jednym miejscu i na widoku, pojedyncze cienie czasem gdzieś się schowają i zapominam o nich na całe miesiące...


Górny rząd to cienie Inglota: czerń nr 63, brąz ze złotymi drobinkami, genialnie nadający się na całą powiekę nr 456, najpiękniejsze złoto czyli 111. Jasny róż również pochodzi z Inglota i ma nr 488. Brązowo-złoto-łososiowe trio to wyciągnięte cienie z paletki Paese o nazwie Pocałunek Colombiny. Najczęściej korzystam z brązu, niestety dwa pozostałe osypują się tak mocno, że psują mi makijaż. Brązy i fiolet pochodzą z paletki Oriflame Jazz Fusion, brązów nigdy dość, jednak do fioletu na moim oku przekonałam się dopiero niedawno ;) Oprócz tego w paletce mieszka róż Inglota o numerze 73, uwielbiam go stosować zimą, teraz wolę lżejsze i bardziej różowe róże ;)


Głównym bohaterem tego zdjęcia jest paletka Accessorize, która ma w sobie przepiękne kolory. Niebieski, perłowa biel oraz turkus wystarczą mi do stworzenia makijażu w sam raz na lato :) Miałam małe problemy z tym jak wykorzystać jasną zieleń, jednak dzisiaj zrobiłam małe zakupy z myślą o tym kolorze, z resztą same przeczytacie niżej ;) Simpy, jeszcze raz dziękuję za ten prezent! :* Jasny róż z Bell z serii Pastell palette no:01 jest praktycznie identyczny jak ten z Inglota. Często stosuję go zamiast rozświetlacza, daje delikatny, ale bardzo ładny efekt. Czerń z Miss Sporty 101 night stosuję na zmianę z czernią Inglota, lubię przy jej pomocy delikatnie zagęścić linię rzęs. Pastelowy pomarańcz z Basic pochodzi z limitki Juicy Fruity i ma nr 02 orange. Całą zimę leżał nietknięty, ale w lecie znowu pójdzie w ruch :) Cienie z jedwabiem z Wibo kupiłam jak kilka lat temu zaczynałam pewną pracę i mam do nich sentyment :) W opakowaniu to brąz i beż, jednak na oku wychodzą szare. Nie poleciłabym ich nikomu ze względu na słabą jakość ;) Nad holograficznym cieniem z Wibo już tyle razy się rozpływałam, że po prostu odeślę Was do jego recenzji ;) Na zdjęciu widzicie też jedyny w mojej kolekcji cień w kremie z Oriflame, też go lubię, świetnie nadaje się jako baza pod brązowo-złote smokey eyes ;)

Na koniec tego wpisu pochwalę się moimi dzisiejszymi zdobyczami, które jak najbardziej wpisują się w temat kolorówki ;)


Zacznę od różu z Essence z Marble Manii. Rozpaczałam, że już go nie dostanę, lecz ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dorwałam go i to pod samym domem (jak to mówią najciemniej pod latarnia ;)). Drogie Wrocławianki, okazało się, że w Arkadach w Douglasie stoi od kilku dni podwójna szafa Essence z tą limitką :) Za 7g produktu zapłaciłam 14zł, cieszę się, że go mam, bo po moich nieudanych poszukiwaniach spotkałam wiele pozytywnych recenzji ;)


W drogerii Jasmin w Feniksie byłam pierwszy raz i w końcu znalazłam szafę MIYO. Miałam mało czasu i wzięłam jedynie tusz do rzęs SuperLash 3w1 za 9zł oraz eyeliner o cudnowym kolorze za całe 6zł ;) Jestem pewna, że wrócę tam po cienie do powiek, mają genialną pigmentację i kosztują jedynie 5zł! Z braku czasu na nic się nie zdecydowałam, teraz żałuję. Trzeba było brać żółty i fiolet ;)


Ostatnią rzeczą był cień z Inglota Double Sp. 611, szukałam intensywnej zieleni, aby pasowała do tej z paletki Accessorize, przemiła Pani pokazała mi kolory, które jak powiedziała przyszły do nich dziś rano i od razu zauroczył mnie jeden z nich. Koniczyna z drobinkami złota, cudo :) 


Wiem, że ogółem nie jest tego dużo, ale możecie mi wierzyć, że jak mi tylko fundusze pozwolą to będę powoli powiększać moje zbiory. Już teraz mam ochotę na kilka kolorów z Inglota, z pewnością wrócę do szafy MIYO. A przede wszystkim będę w dalszym ciągu podglądać Wasze zbiory ;)