Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garnier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garnier. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2015

Odżywczy krem balsam Garnier Hydra Adapt

Dziś chciałabym napisać kilka słów na temat kremu, który kupiłam totalnie przez przypadek kilka miesięcy temu, a okazało się, że zagościł u mnie na dużej. Właśnie kończę już drugie opakowanie odżywczego kremu balsamu Garnier Hydra Adapt. O ile pudełeczko po kremie jest z każdej strony zapisane obietnicami producenta o cudownym działaniu, to skupię się na tym, co sama zauważyłam.


Kremu używam zazwyczaj na dzień, ale na noc też się sprawdza, gdy jest cieplej. Jest on wyjątkowo gęsty i bardziej przypomina mi swoją konsystencją balsam do ciała niż krem do twarzy. Na całe szczęście dobrze i całkiem szybko się wchłania dzięki czemu nie ma później problemu z nałożeniem podkładu. Krem faktycznie bardzo dobrze nawilża skórę, przez długi czas miałam problemy z suchymi skórkami na całej twarzy, przy jego regularnym stosowaniu nie muszę się już z nimi męczyć :) Nie miałam po nim żadnego problemu z zapychaniem, co jest u mnie częste.


Taka niepozorna różowa tubka, a tak się u mnie sprawdza. Wcześniej miałam duży przerób kremów na dzień, bo po większości strasznie rolował mi się podkład. Nie mogłam na nic trafić, a tu taka niespodzianka :) Prawdę powiedziawszy kupując go myślałam raczej o stosowaniu jako balsam do ciała w wersji mini ;) Teraz kończę drugą tubkę i wiem, że to nie koniec!


Mimo wszystko jakoś mnie nie ciągnie do pozostałych wersji tego kremu, jednak róż to jest to ;) Teraz kupiłam sobie nawilżający krem do twarzy z Tołpy, zobaczymy czy pobije moją sympatię do różowej tubki ;)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Hity blogosfery, które zupełnie się u mnie nie sprawdziły

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie zestawienie kilku kosmetyków, które są szeroko zachwalane w blogosferze urodowej, a które zupełnie się u mnie nie spisały. Przyznam, że nie miałam najmniejszego problemu z doborem niechlubnej piątki. Podejrzewam, że wiele osób nie zgodzi się z moimi opiniami, jednak jestem gotowa na obronę swojego stanowiska ;) Jasną sprawą jest, że wolałabym, żeby każdy zakup okazał się być udany. Nie ma jednak co się oszukiwać, tylko dlatego, że daną rzecz polecają setki innych osób. Co mnie tak zawiodło? Zapraszam do lektury:


1. Suchy szampon Batiste- tu jestem pewna, że ściągnę na siebie gromy ;) Niestety suchy szampon robi na moich włosach więcej złego niż dobrego. Próbowałam go używać na różne sposoby i zawsze było tak samo źle. Zamiast obiecywanego odświeżenia otrzymywałam w efekcie włosy oprószone mąką, połączone w nieestetyczne strąki. Niestety, przy moich cienkich i niezbyt gęstych włosach nic nie zastąpi zwykłego mycia. 

2. Masełko do ust Nivea- nie wiem co mnie podkusiło, żeby je kupić. Fajnie, że było tanie, ale co z tego. Praktycznie nie nawilża ust tylko pokrywa je parafinową warstwą, po starciu której wargi są w wyjściowym stanie. Co więcej, zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu potrafi przesuszyć usta! 

3. Podkład Bourjois Healthy Mix- ulubieniec całego świata. U mnie się warzy, zdarzy mu się ściemnieć, podkreślić suche skórki, nieestetycznie się ścierać... Jak tylko robi się trochę cieplej to nawet nie patrzę w jego stronę, bo wiem, że będę wyglądać gorzej po jego nałożeniu niż przed... Fajne krycie tu niestety nie pomoże. Z każdym nowym testowanym podkładem widzę w nim coraz więcej wad.

4. Spirulina- zielony proszek, który miał być lekiem na całe zło świata. Ile to ja się nie naczytałam o cudownych maseczkach, które sprawiały, że twarz była jak nowa. U mnie jedynym efektem było podrażnienie skóry...

5. Szampon Garnier Ultra Doux z awokado i masłem shea- mam problem z włosami, bo choć łatwo przetłuszczają się u nasady, to są suche jak wiór na końcach. Gdy w pewnym momencie odpuściłam sobie nakładanie olejków itp. to ta różnica mocno się pogłębiła. Postanowiłam spróbować zachwalanego szamponu, który miał tak nie przesuszać moich zmaltretowanych końców. Owszem, przesuszenie ustąpiło, bo włosy były tłuste, jakby niedomyte z olejku. Włosy przetłuszczone na całej długości zaraz po myciu? Tego jeszcze nie grali ;)

Podzielcie się ze swoimi typami hitów blogosfery, które zupełnie Wam nie podeszły!

czwartek, 19 września 2013

Włosowa aktualizacja

Po dłuższej przerwie chciałabym Wam przybliżyć kilka produktów do włosów, które w ostatnim czasie znacząco umilały mi życie. Nie lubię mieć zbyt wielu kosmetyków do pielęgnacji danej partii ciała, w przypadku włosów potrafię się ograniczyć do szamponu, odżywki i maski. Lakier mam jeden i ten sam od ponad roku, od kiedy pozbyłam się grzywki nie jest mi on potrzebny. Ogólnie nie potrzebuję żadnych produktów do stylizacji czy ochrony przed wysokimi temperaturami- nie korzystam z suszarek, prostownic czy lokówek. Suchego szamponu użyłam raz i to bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Dlatego jak już po coś sięgam to chciałabym, żeby było przede wszystkim dobre.


Zacznę może od najświeższego produktu w mojej łazience a mianowicie odżywki Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji z olejkiem eterycznym z rozmarynu i liściem oliwnym
Kupiłam ją totalnie z braku laku podczas zakupów w biedronce! Kosztowała jakieś 6-7zł, dokładnie nie pamiętam. Wiem jednak, że było to nieco taniej niż w drogerii, w której kosztuje ona regularnie około 10zł, czyli również nie majątek. Pierwsze co od razu uderzyło mnie przy pierwszej aplikacji to rewelacyjny zapach. Bardziej kojarzył mi się on z lawendą, był lekko męski. Utrzymywał się na włosach jeszcze długo po ich wyschnięciu, bardzo lubię taki efekt. Najważniejsze jest jednak to, że odżywka nie obciążała włosów, ładnie je wygładzała. Po jej użyciu nie miałam problemów z rozczesaniem. To już druga odżywka z serii Ultra Doux, która robi na mnie duże i pozytywne wrażenie. Wersja z awokado i olejkiem karite jest powszechnie znana i lubiana, cieszę się, że trafił mi się jej równie udany, a mniej znany brat. Nie ukrywam, że mam ochotę na kolejne odżywki z tej serii :) Polecacie coś? 

Kolejnym swego rodzaju hitem okazał się być skoncentrowany szampon Pharmaceris do włosów osłabionych. Co w nim takiego fajnego? Otóż to, że nie wymaga nakładania odżywki, żeby włosy dobrze się po nim rozczesywały. Być może dzieje się tak za sprawą tego, że zgodnie z zaleceniami producenta trzymam go (a dokładnie pianę, którą wytworzy ;)) na głowie dłuższą chwilę. Pierwszy raz spotkałam się z takim wskazaniem przy okazji szamponu, ale najważniejsze jest to, że faktycznie działa. Za butelkę o pojemności 250ml zapłacimy około 25zł, nieco drożej niż przeciętny szampon z drogerii, ale ile można zaoszczędzić na odżywce? :) Swój egzemplarz dostałam od Lirene i pomimo codziennego stosowania od początku sierpnia zostało mi go niego mniej niż połowa w butelce. Jestem na tak :)

Ostatnim kosmetykiem, o którym chciałabym dziś wspomnieć jest moje wielkie zaskoczenie czyli maska 3 minute miracle reconstructor od Aussie, którą dostałam dobre pół roku temu. Nieciekawe wspomnienie zawiązane z szamponem i odżywką tej firmy zniechęciły mnie do testowania maski. Jak już jednak przyszła na nią pora to byłam w szoku, że moje włosy pokochały ją tak bardzo. Są po niej gładkie, lśniące, mięciutkie. Uwielbiam też jej zapach i fikuśne opakowanie. Wraz z szamponem Pharmaceris i odżywką Garniera (którą stosuję od czasu do czasu) stanowią rewelacyjny zespół. Już dawno moje włosy nie wyglądały tak dobrze i co więcej, nie rosły w takim tempie ;) Taki stan rzeczy zachęcił mnie do małego kombinowania z fryzurami. Opaska z warkocza, kłos na bok czy inne tego typu rzeczy goszczą na mojej głowie coraz częściej. Oczywiście wciąż najbliższy mojemu sercu jest kok na cebulkę :D postanowiłam jednak nieco go udoskonalić i kupiłam popularny na YT wypełniacz koka. 


Mój egzemplarz pochodzi z H&M. To najmniejszy możliwy rozmiar do włosów blond. Wraz z kilkoma wsuwkami potrafi wyczarować na głowie elegancką fryzurę w parę minut. Często dopinam do niego kwiatka, którego możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu ;) Oto jak wygląda mikrokoczek z moich ultracienkich włosów:


I pomyśleć, że włosy sięgają mi do łopatki :D 

wtorek, 4 grudnia 2012

Psudo krem BB od Garniera

Witajcie kochane! :) Przychodzę dziś do Was z recenzją produktu, na którego punkcie panowało małe szaleństwo kilka miesięcy temu. Do mnie jak zawsze wszystko trafia z małym opóźnieniem ;) Będzie mowa o upiększającym kremie BB Garniera 5 w 1. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że koło azjatyckich kremów BB to on nawet nie stał, będę go jednak tak dalej nazywać, ponieważ tak jest po prostu wygodniej ;)

Jak być może pamiętacie kilka dni temu umieściłam go w ulubieńcach. Łatwo się zatem domyślić, że spodobał mi się ten produkt. I tak i nie ;) Polubiłam go bardzo za to, jak wyglądał na mojej twarzy. Miał całkiem niezłe krycie, co przyznam szczerze mocno mnie zaskoczyło, ponieważ od początku traktowałam go ni mniej ni więcej tylko jako zwykły krem tonujący. Podobało mi się, jak wyglądał na mojej twarzy, dawał efekt jakby niczego nie było, ale jednak cera prezentowała się lepiej.

Tutaj należy zaznaczyć, że kiedy moje cera ma się lepiej to nie pakuję na nią podkładów, tylko właśnie coś lżejszego, natomiast zupełnie bez niczego praktycznie nie wychodzę z domu. Jednak kompleksy robią swoje ;]

Drugą rzeczą, która mi się w nim podobała to łatwość aplikacji. Nie potrzebowałam ani dobrego oświetlenia ani wielkiego lustra, żeby nałożyć go w przyzwoity sposób. Nie było żadnych smug, nie ważył mi się ani nic.


Powyższe wystarczyło, żebym go polubiła, niestety kilka jego minusów zaczęło mnie na dłuższą metę mocno irytować. Cóż mnie tak zeźliło?

Otóż to, jak okropnie brudził wszystko to, z czym miał styczność. Zarówno mój płaszcz na jesień jak i na zimę są w pogodnym odcieniu czerni (:P) i chyba nie muszę kończyć jak wyglądały moje kołnierze przy policzkach? Ogólnie efekt całunu turyńskiego murowany. Można by się jeszcze zastanowić i powiedzieć, że "kosodrzewino, baranie, to jest kosmetyk na lato, kiedy nie nosisz żadnych płaszczy". Szczerze? nie wyobrażam sobie mojej normalnej ze skłonnością do przetłuszczania się na czole cery z tym kremem na twarzy przy plus 30 stopniach. Jest dla mnie na lato za tłusty. Co więcej zaobserwowałam, że gdy nałożymy go odrobinę więcej niż tyci tyci to ma się wrażenie, jakby twarz była mokra.

Teraz, ktoś może puknąć się w głowę ponownie i powiedzieć "to po jaką %^&*% umieściłaś go w ulubieńcach?". Ano umieściłam. Bo w swoim czasie faktycznie byłam nim zauroczona, teraz już mi przeszło ;)

Pozwolicie, że przy okazji pokażę Wam co wpadło mi na palec podczas ostatniej wizyty w Rossmannie. Miałam iść tylko po pomadkę, ponieważ gdzieś zapodziała mi się dyżurna torebkowa i przy okazji zakochałam się w tym zielonym pierścieniu :) Możecie się śmiać, ale lubię rossmannowską biżuterię ;)


Sama pomadka jest okropna, odradzam! Wysusza zamiast nawilżać, śmierdzi i nie nadaje się do niczego. Poleciałam na kolorowe opakowanie i teraz mam za swoje...

piątek, 13 lipca 2012

Wszystko o moich włosach

Cześć Dziewczyny! :) Na wstępie chciałabym Was przeprosić za moją prawie tygodniową nieobecność w blogosferze. Zaczęłam pracę w księgarni i codziennie przez ręce przewijają mi się tysiące książek, jak wiadomo w centrach handlowych godziny pracy są od 9-21, więc po takim maratonie nie mam siły na nic ;) Na szczęście pracuję z bardzo sympatyczną ekipą, zadania, które mam do wykonania nie są bezsensowne jak to często mi się zdarzało w poprzedniej pracy, co również motywuje mnie do działania :) Tyle słowem wstępu, zapraszam Was na długi post zbiorczy dotyczący wszystkich produktów, które używam do włosów. 

SZAMPON
Podstawowym produktem w przypadku włosów jest szampon. Przyznam się szczerze, że nie przywiązuję do niego największej uwagi, ważne jest, aby dobrze mył włosy, nie obciążał ich i nie powodował łupieżu. Jakiś czas temu kupiłam wielką butlę szamponu z Garniera drożdże piwne i owoc granatu, który w przypadku moich super cienkich włosów okazał się być strzałem w 10! Butelka ta jest już na wykończeniu, ale z pewnością kupię następną, obecnie zmieniła się jej szata graficzna i znajdziemy ją z napisem ultra doux (o ile dobrze pamiętam). Szampon ten dokładnie myje moje włosy, radzi sobie ze zmywaniem olejów, pięknie pachnie, włosy nie są po nim oklapnięte. Tyle wymagam od szamponu i ten dokładnie się z tego wywiązuje. Do tego jest bardzo tani, dużą butlę 400ml bardzo często widuję na promocjach poniżej 10zł. 

ODŻYWKI

Chyba nikt nie będzie zaskoczony tym, że w moim zestawieniu znalazła się śmiesznie tania odżywka z Isany z olejkiem babasu. Co tu dużo pisać, jest świetna. Rewelacyjnie wygładza moje włosy, nie mam najmniejszych problemów z rozczesaniem ich. Szczotka wchodzi w nie jak w masło :) Zużyłam już dwie butelki, kolejne stoją w zapasie, kupuję od razu kilka jak jest w promocji, taki ze mnie chomik ;)

Drugą odżywką, którą z niewielkimi przerwami stosuję jeszcze od czasów liceum czyli już kilka dobrych lat, jest balsam nawilżająco regenerujący z Joanny. To moje pierwsze opakowanie w nowej szacie i powiem Wam, że wolałam starą wersję. Tutaj za każdym razem wylewa mi się za dużo produktu, a do moich krótkich włosów potrzebuję do doprawdy kropelkę. Odżywka ta jest bez spłukiwania i ratuje mnie gdy nie mam czasu na nakładanie olejków (tak jak w tym tygodniu). Nie nakładam jej u nasady włosów tylko na długość i nadaje im miękkości i ogólnie poprawia ich stan. Jest to produkt powszechnie znany i lubiany. 



OLEJE

Też uległam nakładaniu olejków na włosy. Moimi dwoma najulubieńszymi są kokosowy z Vatiki oraz granat i awokado z Alterry. Jeden i drugi działają u mnie cuda, co więcej kocham ich zapachy! Wiem, że część z Was uważa je za śmierdziele, ale dla mojego nosa oba są super :) Nie będę tu się na ich temat rozpisywać, bo ich dobroczynne działanie jest powszechnie znane. Dodam, że olejki nakładam zawsze na 3-4h przed myciem głowy, pozostawienie ich na całą noc mocno przeciąża mi skórę głowy. Myślę, że za jakiś czas stworzę na ich temat osobny post, tymczasem chciałabym przestawić Wam olejki, które również używam, ale nie dały one tak spektakularnych efektów.






Olejek Babydream użyłam na włosy zaledwie kilka razy. Krzywdy mi on nie zrobił, ale zabrakło tego efektu wow, który miałam po wyżej wymienionych produktach. Mimo wszystko bardzo lubię ten produkt i mam dla niego szereg innych zastosowań ;)

Olej ze słodkich migdałów kupiłam, aby nakładać go na twarz, niestety mocno mnie zapychał. Postanowiłam go nałożyć na włosy i też nie do końca się sprawdził, włosy były po nim mocno oklapnięte, choć faktycznie miękkie w dotyku. Niestety wyglądały na nieświeże... Odstawiłam go w kąt i używałam sporadycznie do innych celów, ale pewnego dnia doznałam olśnienia, o którym przeczytacie poniżej ;)

Kolejnym olejkiem, który nie do końca przypadł mi do gustu jest olej migdałowy z vatiki. Jego odlewkę dostałam go od Natalii razem z olejkiem babydream i dwoma kosmetykami, o których wspomnę poniżej. Choć działa świetnie to ma zabójczy zapach od  którego automatycznie boli mnie głowa. Postanowiłam więc zmieszać go pół na pół z olejkiem ze słodkich migdałów i taka mieszanka sprawdza się całkiem nieźle.


Zabawa z olejkami ma dla mnie jeden wielki minus, jeśli przestanę ich używać na dłużej niż tydzień (tak jak teraz) to włosy bardzo szybko wracają do stanu sprzed kuracji. Owszem, te które na skutek nakładania olejków mi wyrosły nie wypadły, jednak widać, że jeśli ktoś nie jest konsekwentny nawet nie ma się co za olejki brać ;)

WCIERKI

Wcierki również odkryłam za sprawą Natalii. Dostałam od niej dwie, słynny Jantar oraz wodę brzozową. O Jantarze, chyba już każdy słyszał, głównie są to same zachwyty. Moje zdanie na jego temat jest niestety zupełnie inne. Niedawno wykończyłam całą butelkę i mogę już co niego powiedzieć na temat jego działania. 


Choć początkowo byłam zadowolona z odświeżenia, które dawał i tego, że moje włosy przetłuszczały się o wiele wolniej. Niestety nie było dane mi się tym cieszyć długo, po jakimś czasie jednak moje włosy uodporniły się chyba na ten produkt, bo w ogólnie nie było po nich nic widać. Także fajnie było przez pierwszy tydzień, ale po dwóch pełnych kuracjach trwających po trzy tygodnie efektów zero. 





O niesamowicie niewygodnym opakowaniu nie będę nawet wspominać ;) Drugą wcierką, którą również dostałam od Natalii jest woda brzozowa. Tutaj jestem w trakcie kuracji i widzę, że w przeciwieństwie do Jantaru efekty nie znikają po tygodniu :) Za jakiś czas napisze coś więcej na jej temat ;) Stosuję ją maksymalnie 3-4 dni i robię tygodniową przerwę, ponieważ zawiera ona w sobie alkohol.






MASKA + SZCZOTKA + GRZEBIEŃ

O masce wygładzającej z Ziai nie będę się zbytnio rozpisywać. Odeślę Was po prostu do mojego wpisu na jej temat. To już moje trzecie jej opakowanie i nie zamierzam przerzucać się na nic innego ;) Tangle Teezer to również produkt niezbędny w moim przypadku. Nie wiem jak mogłam przez tyle lat radzić sobie bez niego, uwielbiam po stokroć :)



Grzebień z The Body Shopu gości w mojej kosmetyczce dopiero od kilku miesięcy, ale świetnie spisuje się gdy jestem na mieście i szybko muszę ogarnąć włosy ;)

SUPLEMENTY

Nie wiem czy pamiętacie, ale jakieś trzy miesiące temu zaczęłam łykać suplement diety wyciąg ze skrzypu polnego i pokrzywy firmy Bioogrody. I wiecie co? To było jedno wielki nic! Po zjedzeniu dwóch opakowań (pamiętałam o każdej jednej tabletce) stan moich włosów, skóry czy paznokci nie uległ zmianie. 



STYLIZACJA

Tutaj będzie bardzo skromnie, ponieważ do ujarzmienia mojej krótkiej fryzury potrzebuję zaledwie dwóch produktów. Lakier do włosów Isany, koniecznie czarny oraz moje odkrycie tego miesiąca (poczynione dzięki Anuli :)) czyli guma do włosów Joanny. Jedno i drugie pozwala mi ułożyć włosy tak jak chcę bez zbędnego kombinowania :)


To wszystko :) Wydawało mi się, że nie ma tego dużo, jednak do opisania wszystkiego musiałam stworzyć małą epopeję :) Mam nadzieję, że mimo wszystko dotrwacie do końca i podzielicie się, czy znacie któryś z tych produktów :) 

poniedziałek, 10 października 2011

Uwaga, bubel!

Kremów do rąk miałam okazję przetestować wiele, ale dawno nie trafiłam egzemplarz, który wzbudziłyby u mnie tak negatywne uczucia jak krem do rąk Garniera. Skusiłam się na wariant z ekstraktem z miodu z najnowszej serii Nawilżająca Pielęgnacja 7 Dni. Zapłaciłam za niego grosze, bo 4zł i mam w zamian 75ml produktu. Bardzo się cieszę, że tak mało, bo szybciej go dzięki temu wykończę.

Krem z założenia miał przynieść moim dłoniom ukojenie. Muszę przyznać, że przez pierwszych kilka dni byłam z niego całkiem zadowolona. Później zwróciłam uwagę na to, że moje dłonie coraz częściej potrzebują nawilżenia. Wszystko to za sprawą tego zielonego szkodnika, który zaczął je wysuszać. Odstawiłam go momentalnie i widziałam poprawę. 

Krem jest niesamowicie rzadki, wręcz spływa z dłoni, a co za tym idzie kiepsko z jego wydajnością (choć biorąc pod uwagę jego zasługi, to nawet dobrze).

Magiczny składnik L-Bifidus (inspirowany probiotykami znajdującymi się w jogurtach naturalnych), o którym producent pisze na opakowaniu, znajduje się na siedemnastym miejscu na liście ingredientów, która ma dwadzieścia pozycji!

Krem ładnie pachnie (jeśli ktoś lubi miodowy zapach), szybko się wchłania, jednak co z tego, jeśli przynosi więcej szkód niż pożytku? Znalazłam mu zastosowanie jako krem do stóp, jednak muszę użyć go całkiem sporo, żeby tam coś zdziałał. Nawet w takiej roli sprawuje się niezbyt dobrze. Początkowo myślałam, że to tylko ja mam z nim taki problem, jednak po przejrzeniu wielu recenzji wiem, że cała ta seria była niezbyt udana... Szczerze odradzam, bo nawet te 4zł lepiej zainwestować w czekoladę na poprawę humoru w długi jesienny wieczór ;)

sobota, 27 sierpnia 2011

Łagodzące mleczko do ciała Garnier

Ze względu na panujące ostatnimi czasy upały totalnie nie mam ochoty nakładać na siebie dodatkowej warstwy kremu. Nawet cudnie pachnące balsamy sprawiają wrażenie, że się od nich duszę i mam wrażenie, że skóra się tylko bardziej poci. Na szczęście mam coś, co pomaga mi przetrwać w takich sytuacjach :) Jest to łagodzące mleczko do ciała Garniera. Jego koszt to około 18zł za 400ml

Mleczka Garniera chyba wszyscy znamy. Przez długi czas używałam żółtego ujędrniającego i pamiętam, że bardzo się lubiliśmy. Jakiś czas temu zdecydowałam się na wariant do skóry wrażliwej, choć takowej nie posiadam. Chodziło mi o lekkie mleczko, które będzie pozbawione intensywnego zapachu. Pod tym względem był to strzał w 10. Bardzo szybko się wchłania, pozostawia skórę nawilżoną, ale bez tłustego filmu, który teraz jest bardziej niż zazwyczaj niepożądany. A dlaczego chciałam coś bezzapachowego? Żeby zapach balsamu nie kłócił mi się z zapachem perfum ;) Jestem z niego ogromnie zadowolona. Dodam też, że mleczko można spokojnie stosować na ciało nawet po depilacji, ponieważ nie powoduje żadnych podrażnień. Żeby tego było mało jest bardzo wydajne. Nie wiem jednak, czy do niego wrócę, ponieważ jak wiadomo jest tyle balsamów do przetestowania, że ciężko być wiernym temu jedynemu :)


Na koniec chciałam się pochwalić nagrodą, którą otrzymałam z rozdania u Ady. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję kochana :* ! Tyle łakoci i to wszystko dla mnie :)


wtorek, 23 sierpnia 2011

Garnier Naturalna Pielęgnacja odżywka do włosów drożdże piwne i owoc granatu

Odżywkę Garniera z serii Naturalna Pielęgnacja kupiłam z prostego powodu- akurat była w promocji ;) Zapłaciłam za nią jedyne 4,99zł za 200ml. Jest ona przeznaczona do włosów, którym brakuje objętości co akurat się zgadza, ale i tak bym ją wybrała, bo ma najładniejszy zapach z całej serii.

Od razu napiszę, że po odżywkach oczekuję tego, że pomogą mi rozczesać moje długie włosy. Do ich dogłębnej pielęgnacji używam raz w tygodni maski. Dlatego pod tym względem się na niej nie zawiodłam, bo mniej walczyłam ze szczotką, jednak jeśli ktoś liczy na coś więcej to srogo się rozczaruje. Nie wierzę z resztą, że jakaś odżywka może mi zregenerować końcówki- chyba jedynym na to lekarstwem jest ich podcięcie. Tego się trzymam i na stan moich włosów nie narzekam ;) Odżywka również nie dodała mi żadnej objętości- mam za długie włosy na tego typu zabawy :) Wydaje się, że to ot taki produkt, który więcej nie robi niż robi, ale ma jedną największą jak dla mnie zaletę- włosy pachną po nałożeniu odżywki cały następny dzień. Tak jak pisałam na początku jej zapach mi bardzo odpowiada co tylko wzmaga przyjemne odczucia dla mojego nosa ;) Także mogę powiedzieć o niej w sumie tyle, że jeśli ktoś zadowoli się znikomą pielęgnacją, włosami pięknie pachnącymi cały dzień i ułatwionym rozczesywaniem po kąpieli to będzie coś w sam raz dla niego. Jeśli nie to radzę ją sobie odpuścić. Dodam jeszcze tylko, że za względu na to, że myję głowę codziennie i mam długie włosy, to odżywka nie starczyła mi na długo. Za to zupełnie nie obciążała mi włosów.

Skład dla zainteresowanych:


Ze względu na panujące upały najchętniej nie ruszałabym się z domu. Dziś rano jednak odwiedziłam bibliotekę i przyniosłam z niej dwie książki: Wszystkie boże dzieci tańczą Harukiego Murakamiego oraz Kto zabił Palomina Molero? Mario Vargasa Llosy. Ostatnio zaczytuję się w pozycjach jednego i drugiego więc zaraz uciekam zrobić sobie mrożoną kawę i zaczynam czytać ;) Do tego kupiłam w Biedronce (a jakże ;)) zestaw dwóch lakierów z Eveline z jedyne 8zł! Wczoraj zorientowałam się, że właściwie to nie mam czerwonego lakieru, więc dzisiejszy łup jest tym bardziej udany ;)


Miłego dnia! :*

sobota, 19 lutego 2011

Porównanie żeli do twarzy Garnier

Żel do twarzy jest kosmetykiem, który niedawno pojawił się w mojej kosmetyczce. Mój pierwszy wybór padł na oliwkowy żel do twarzy Ziaji, jednak nie pasowało mi to, że słabo się on pienił. Kolejnym żelem, który wybrałam jest żel Garnier'a z serii Skin Naturals do skóry normalnej i mieszanej (mówiąc krótko zielony ;)). Jestem z niego bardzo zadowolona i po zużyciu kilku jego opakowań postanowiłam spróbować jego brata czyli żelu-kremu do skóry suchej (różowy). Dodam tylko, że mam cerę balansującą na granicy suchej i mieszanej.


  • wydajność- różowy z racji swojej kremowej konsystencji mniej się pieni i początkowo brałam go więcej niż zielonego, jednak nic to nie zmieniało. Sama pompka nabiera go mniej niż w przypadku zielonego. Jedno opakowanie różowego starcza mi na ok. 3 miesiące, zielonego na 2. Używam rano i wieczorem i do demakijażu.
  • cena- taka sama :) Normalnie 13,99zł w promocji 9,99zł.
  • działanie- po jednym i drugim mam skórę świeżą i dokładnie oczyszczoną. Zielony doskonale radzi sobie z resztkami makijażu wodoodpornego, różowy też, ale w znacznie mniejszym stopniu, jednak to nie jest ich podstawowym zadaniem. Na opakowaniu zielonego widnieje napis, że "usuwa wszelkie zanieczyszczenia oraz ślady makijażu" i ja się z tym zgadzam. Różowy "delikatnie oczyszcza i chroni skórę przed wysuszeniem i dyskomfortem". Oczyszczenie jest faktycznie delikatne. O dyskomforcie będzie dalej. Po ich użyciu zawsze nakładam krem i mam przez cały dzień lub noc skórę przemiłą w dotyku.
  • oczy- tutaj zaczynają się schody. Różowy sprawia, że oczy pieką mnie niemiłosiernie i dla mnie jest to spory dyskomfort ;) Zielony nic takiego nie powoduje. i przy jego stosowaniu nawet nie myślałam, że może to być jakiś problem Nie wiem co jest tego powodem, przestudiowałam oba składy, jednak nie znam się na tym, a nigdy wcześniej nie miałam problemu z piekącymi oczami :( Wolę nie myśleć jak może zadziałać na kogoś kto nosi soczewki. lub ma wrażliwe oczy. Dziwi mnie to szczególnie, że jest to żel do skóry suchej, więc powinien być delikatniejszy.
  • dostępność- tutaj zdecydowanie wielki plus idzie do zielonego. Zawsze mi się wydawało, że różowy jest wszędzie, jednak jak przyszło co do czego, to w superpharmie "chwilowo go nie mieli", dopiero w trzecim rossmannie go znalazłam. Zielony jest chyba wszędzie :)



W skrócie, zielony może i jest mniej wydajny, ale czuję, że bardziej oczyszcza moją skórę i jej nie podrażnia. W przypadku różowego mam wrażenie, że zaraz mi wypali oczy, choć jego działanie oczyszczające jest słabsze. Oba mają piękny, zapach i są w bardzo przystęnpej cenie, jednak ja pozostanę wierna zielonemu ze względu na lepsze działania i dla dobra moich oczu :) Jest od dla mnie prawdziwą podstawą pielęgnacji :)