Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Ziaja Pro, bardzo mocny peeling z mikrogranulkami

Dla wielu osób seria Ziaja Pro jest sporym zaskoczeniem. Sama, gdy pierwszy raz o niej usłyszałam, to uśmiechnęłam się pod nosem. Choć kosmetyki tej firmy darzę wielką sympatią, to jakoś nie mogłam ich połączyć z profesjonalizmem, raczej początkami mojej kosmetycznej przygody ;) Kilka razy natknęłam się jednak na wyjątkowo pochlebne opinie bardzo mocnego peelingu z mikrogranulkami. Wraz z koleżanką wybrałyśmy się do sklepu stacjonarnego Ziaja przy Piotra Skargi we Wrocławiu i tam zrobiłam małe zakupy. Seria Pro dostępna jest właśnie w sklepach firmowych lub w niektórych aptekach. O słuszności "pro" w nazwie może już świadczyć sama cena 23zł/270ml. Chyba dwa razy więcej niż mój najdroższy kosmetyk od Ziai :D


Peeling przeznaczony jest do oczyszczania skóry tłustej i mieszanej. Jak wiadomo moją największą bolączką jest walka z trądzikiem oraz śladami, które po sobie zostawia. Do zakupu peelingu zachęciła mnie najbardziej obietnica producenta, która zapewnia o głębokim złuszczaniu martwych komórek naskórka. Jak dość szybko się okazało, producent wywiązał się ze swoich obietnic. Przy regularnym używaniu raz czy dwa razy w tygodniu, skóra staje się nie tylko wyraźnie wygładzona poprzez jedynie powierzchniowe złuszczenie skóry. Czuć, że to coś więcej, po żadnym peelingu nie miałam tak gładkiej skóry. 


Producent zaleca masowanie twarzy peelingiem przez 10-15 minut. Dla mnie to zdecydowanie za dużo, już po kilku minutach czuję, że skóra twarzy jest rozgrzana i nie potrzeba jej więcej tarcia. Po takiej zabawie skóra jest idealnie oczyszczona, wygładzona i przygotowana na maseczkę, która tylko dopełni rewelacyjnego działania. U mnie zazwyczaj jest to glinka czerwona lub olejek w kapsułkach Alterry. 


Zastanawia mnie jedynie napis na opakowaniu widoczny na poniższym zdjęciu. Mojej łazience zdecydowanie daleko do salonu kosmetycznego ;) Ale teraz już nikt się nie przyczepi, że nie jest pro ;)


Jedynym minusem produktu jest jego opakowanie. Tak! Właśnie tak uwielbiane przez wszystkich opakowanie z pompką zupełnie się tutaj nie spisuje z jednego prostego powodu: drobinki w żelu są tak duże, że totalnie zapychają cały mechanizm. Płukanie pomaga tylko na pierwszych kilka naciśnięć, najlepiej przelać wszystko do innej buteleczki. 


Peeling ten stał się moim nr 1. Pobił na głowę korund i inne lubiane przeze mnie kosmetyki. Jego skuteczność połączona z brakiem jakichkolwiek podrażnień nie mogła nie zachwycić. Kilka razy użyłam go na całe ciało i byłam równie zadowolona z działania. Butelka stoi w mojej łazience od roku, a została mi jeszcze 1/3 opakowania. Wydajność zdecydowanie na plus :) Mam nadzieję, że kogoś udało mi się zachęcić do zainteresowania tym produktem :) Poza wadliwą pompką nie widzę w nim żadnych wad!

Skład:  Aqua (Water), Polyethylene, Glycerin, Propylene Glycol, Camellia Sinensis Leaf Extract, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Thymus Vulgaris (Thyme) Flower/Leaf Extract, Panthenol, Carbomer, PPG-26-Buteh-26, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Benzoate, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum (Fragrance), Sodium Hydroxide. 

czwartek, 8 maja 2014

Pomarańczowy peeling do ciała Ziaja i małe zakupy

Uwielbiam kosmetyki do pielęgnacji ciała Ziai. Wersja pomarańczowa oraz Sopot Spa należą do moich ulubionych pod względem zapachu. Fantastycznie umilają prysznic w cieplejsze miesiące, dzięki swoim rześkim aromatom są faktycznie odświeżające. Doceniam je szczególnie po bieganiu czy aerobiku, nie ma wtedy nic lepszego niż energetyzujący peeling pomarańczowy.


Za słoiczek o pojemności 200ml zapłaciłam w sklepie Ziai około 12zł. Drobinki są zawarte w pomarańczowym, dość gęstym żelu. Choć wizualnie słoiczki podobają mi się najbardziej, to nie obraziłabym się, gdyby był w tubce. Mam w domu tylko kabinę prysznicową i bardzo łatwo niechcący nalać wody prosto do opakowania. Peeling nie należy do mocnych zdzieraków, to typowy średniak. Im dłużej o nim myślę to dochodzę do wniosku, że bardziej niż działaniem jestem zachwycona zapachem. To taka mocna pomarańcza, wiadomo, nieco chemiczna, ale nie ma nic wspólnego z popularnymi słodkimi ulepkami.


Już żałuję, że mi się skończył, z pewnością po niego wrócę. Wraz z bzowym peelingiem Joanny stanowi moich ulubieńców w swojej kategorii. Takie peelingi są idealne nawet do codziennego stosowania. Do mocnego tarcia mam szczotkę z rossmanna, ale ze względu na naczynka nie mogę jej stosować za często. Uwielbiam nakładać balsam do ciała na świeżo wypeelingowaną skórę :) Przez Zoilę, a dokładnie jej profil na facebooku już kupiłam następce mojej pomarańczce:


Jak widać do peelingu się nie ograniczyłam, ale nie mogłam zostawić arbuzowego masła bez opieki ;) Każdy kosztował 5,99zł za 100ml i radzę się pospieszyć, bo nie było ich zbyt dużo w koszykach. Wiadomo jak to jest, kiedy wrzucą coś fajnego w biedronce ;)

niedziela, 16 marca 2014

Peeling enzymatyczny Balea

Peelingi enzymatyczne praktycznie nigdy mnie zbytnio nie interesowały z prostego powodu: w większości przypadków miałam wrażenie, że w ogóle nie działają. Od lat byłam wierna mocnym zdzierakom i wychodziłam z założenia, że im większe tarcie tym lepiej. Dopiero niedawno trafiłam na peelingi enzymatyczne, które faktycznie potrafiły sprostać zadaniom postawionym im przez producentów. Jednym z nich jest peeling enzymatyczny Balea.

Kupiłam go we wrześniu zeszłego roku w Bratysławie i kosztował jakieś śmieszne 60 centów... Żal było nie wziąć ;) Tubka mieści 50ml produktu, który jak się okazało już przy pierwszym użyciu, nieźle sobie radzi z usuwaniem martwego naskórka ;) Według zaleceń producenta powinniśmy go trzymać 3-5 minut i zmyć. Przy poprzednich peelingach zazwyczaj trzymałam je na twarzy o wiele dłużej, a i tak nie działo się nic. Tutaj dość szybko czuć na skórze twarzy ciepło, wiadomo, że coś się dzieje. Czasem, gdy się zagapiłam i zapominałam umyć twarzy w zalecanym czasie, to peeling sam mi o sobie przypominał lekkim pieczeniem. Nie biorę mu tego za wadę, bo to ja się nie dostosowałam do zaleceń na opakowaniu ;) Najważniejsze jest jednak to, że peeling bardzo dobrze sobie radził z wygładzaniem naskórka. Po jego użyciu było czuć, że skóra jest gładka i miła w dotyku, tak jak po zwykłym peelingu mechanicznym, tylko tutaj udało się uniknąć zbędnego tarcia :)


Podejrzewam, że w polskich drogeriach natkniemy się na podobne mu odpowiedniki. Słyszałam, że peeling enzymatyczny Ziai jest bardzo fajny. Nie namawiam więc do ściągania tego malucha Balea zza granicy, bo koszt wysyłki wielokrotnie przekroczy jego wartość ;) Jednak jeśli będziecie już w DM to warto wrzucić przy okazji do koszyka. Sama będę miała taką okazję za tydzień i pewnie znowu wyjdę z całą torbą kosmetyków :D

sobota, 11 stycznia 2014

Peeling do ciała Joanna z ekstraktem z bzu

Peeling do ciała Joanny z ekstraktem z bzu chodził za mną od kiedy tylko przeczytałam o nim u Ewy, Beauty Wizaż i Simply. Zapach bzu kojarzy mi się z mieszkaniem, w którym było mi dane spędzić cudowne pierwsze lata życia. Pod naszymi oknami i wszędzie na podwórku rosły krzewy bzu. Z racji tego, że na dworze spędzałam zdecydowanie więcej czasu niż w domu, to zapach zapadł mi pamięć jeszcze mocniej. O ile nie wzbudzają we mnie większych uczuć żadne perfumy, to takie proste zapachy (szczególnie, jeśli z czymś mi się kojarzą ;)) już tak. 


200 ml produktu kosztuje około 15zł. Niestety trzeba się na nim nachodzić, bo w sieciowych drogeriach typu Rossmann czy Hebe go nie ma. Poszukać go jednak warto z kilku powodów: zapach bzu nie pojawia się zbyt często w kosmetykach, zawsze można się przekonać jak się prezentuje. Poza tym sam peeling jest bardzo udany. Nie nazwałabym go mocnym zdzierakiem, raczej takim do stosowania co drugi dzień. Czuć, że dobrze sobie radzi z usuwaniem martwego naskórka bez podrażniania skóry. Sama mam problem z naczynkami na udach, które lubią się pojawiać po mocniejszym tarciu, przez co musiałam ograniczyć zabawą z wszelkimi szczotkami. Tutaj niczego takiego nie ma :)


Peeling ma konsystencję przypominającą galaretkę. Z tego powodu wolałabym, żeby był zamknięty w tubce, słoiczek jest nie do końca praktyczny zarówno przy nabieraniu produktu jak i po prostu pod prysznicem. Choć uroku mu nie mogę odmówić ;) Co tu dużo pisać, bardzo się polubiliśmy. Na dniach go wykończę i będę szukać kolejnego opakowania. Niestety drogerię, w której go kupiłam (przy Drukarskiej we Wrocławiu) zlikwidowano, więc czeka mnie kolejne polowanie ;) Podobno dostępny jest balsam do ciała o tym samym zapachu. Z pewnością będzie mój! :)

sobota, 25 maja 2013

Pharmaceris C, Cellulit Free Pre

Już jakiś czas temu otrzymałam od Laboratorium Komsetycznego Dr Ireny Eris zestaw dwóch kosmetyków, których zadaniem jest pomoc w walce z cellulitem. Od kilku(nastu) miesięcy staram się dbać o moje ciało najlepiej jak potrafię, niestety cellulitu i zbędnych kilogramów nie nabawiłam się w jeden dzień i w jeden dzień się ich również nie pozbędę. Jednak walczę z nimi dzielnie i jak coś ma mi w tym pomóc to nie pogardzę ;)


Skoncentrowany krem-żel oraz drenujący peeling antycellulitowy z serii Cellu Free Pre kosztują kolejno około 50 i około 30zł. Jak wszystkie kosmetyki z Pharmaceris są dostępne w aptekach, Superpharmach oraz Hebe. Mam wrażenie, że w Hebe są najkorzystniejsze ceny, ale SP kusi fajnymi promocjami.


Zacznę od tego, że jak przystało na blondynkę sporo się namęczyłam zanim dobrałam się do zawartości tubek- dopiero po chwili odkryłam, że są one zabezpieczone naklejką przy otworze tubki. Plus dla nich, brawa dla mnie ;)


Peeling przypadł mi do gustu o wiele bardziej niż krem, choć nie powiem, żeby był to kosmetyk idealny. W zielonkawej mazi zatopione są drobinki przypominające cukier, które jednak nie rozpuszczają się w kontakcie z wodą i możemy się nimi poszorować. Oceniłabym go jako mocnego, ale nie bardzo mocnego zdzieraka. Jak każdy inny peeling (nie zawierający parafiny czy innych olejków) sprawia, że skóra jest spragniona balsamu. Odrobinę drażnił mnie zapach tej serii, kojarzył mi się z antybiotykami, nic przyjemnego. Peeling jest dobry, ale bardzo podobne efekty uzyskuję takimi nawet trzykrotnie tańszymi, tyle, że bez opisu "antycellulitowy"...


Z kolei żel-krem okazał się był w moim przypadku niewypałem. Po pierwsze przy pojemności 150ml i zaleceniu stosowanie 2 razy dziennie starczył mi on ledwie na 3 tygodnie. W tym czasie jedyne co udało mi się osiągnąć to przesuszoną skórę ud, pośladków i brzucha. Nie spodziewałam się rewelacji, ale tego, że krem nie sprawdzi się aż tak totalnie też nie. Żadnego ujędrnienia, wygładzenia, nawet chwilowego. Jestem zawiedziona, bo choć mam chłodny stosunek do tego tupu produktów, to wiem, że np masło Ziai sprawdza się u mnie wyśmienicie. 

Ostatnio odkryłam jednak najlepszą rzecz na cellulit i tłuszczyk na nogach. Połączenie peelingu, olejku oraz skoncentrowanego serum. Jest nim po prostu bieganie :)

piątek, 22 marca 2013

Peelingujemy się: Under 20 oraz Alverde

Uwielbiam peelingi. Zdzieranie naskórka to moje niezdrowe hobby, jakbym mogła robiłabym to codziennie, ba dwa razy dziennie albo i częściej ;) Kiedy jeszcze nie odróżniałam kremu na dzień od kremu na noc i z radością chodziłam z ładną cerą, niewymagającą krycia (czyli czasy podstawówki ;)) to już wtedy wiedziałam, że peeling to jest to :) Oczywiście zaczęłam od najniższej półki czyli Joanny w słynnych już małych buteleczkach. Zużyłam ich dziesiątki, zanim nadszedł czas mniej lub bardziej świadomej pielęgnacji. Ale do rzeczy :)


Bohaterami dzisiejszej notki są dwa peelingi, które ostatnio goszczą w mojej łazience. Jestem świadoma, że z moimi skłonnościami do wyprysków muszę stosować zdzieraki rozważnie i tak też staram się nimi operować. Od razu zaznaczam, że mocnego tarcia z nimi nie uraczymy, będzie to raczej przyjemne mizianie ;)


Jako pierwszy niech pójdzie na tapetę peeling myjący przeciw zaskórnikom z Under Twenty. Jak wdać na powyższym zdjęciu to niebieski żel, w którym zatopione jeszcze bardziej niebieskie peelingujące granulki. Wygląda niczym wersja hard żelu z BeBeauty. Samo działanie oceniam pozytywnie. Zdziera to, co ma zedrzeć i można manualnie sterować poziomem tarcia. Im mocniej naciskamy, tym więcej zdzieramy :) Nie zauważyłam przy nim żadnych podrażnień, podobnie jak i jakichkolwiek antypryszczowych właściwości. Nic się nie zmieniło, muchomorem jak byłam tak jestem nadal. Z pewnością jednak pozbyłam się problemu suchych skórek. Biorąc pod uwagę jego cenę i dużą pojemność to produkt, który opłaca się kupić o ile od peelingu wymagamy jedynie peelingowania. 


Drugim peelingiem, z którego wydobywam już ostatnie resztki jest peeling Alverde, wersja brzoskwinia i nagietek. Kupiłam go w Bratysławie za grosze, starczył mi na bardzo długo. Jest delikatniejszy niż jego niebieski koleżka. W pachnącym kremie zatopione są małe drobinki, których praktycznie nie widać na zdjęciu. Trzeba się nieco namachać, aby poczuć jakiekolwiek tarcie- zdecydowanie polecam ten peeling wszystkim wrażliwcom :)

Za jakiś czas sama wrócę do peelingu, który spisuje się u mnie najlepiej, mowa o korundzie ze sklepu Zrób Sobie Krem. Jego duże opakowanie trzymam u rodziców, najpierw chce wykończyć to, co mam ;)

Na koniec chcę się pochwalić rozświetlaczem, który trafił do mnie od Ewy. Oto kolejny gadżet podtrzebny do jarania się ;)


P.S.
Dziś w roli tła wystąpiła gościnnie Mona Lisa. Znowu wkręciłam się w układanie puzzli, a że akurat tylko taki obrazek był dostępny, to same rozumiecie ;)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Peeling pod prysznic pomarańcza i cukier trzcinowy Alterra

Bardzo lubię peelingi, choć od kiedy mam moją szorującą szczotę kupuje je o wiele rzadziej. Im mocniejszy zdzierak tym lepiej, nie ma nic przyjemniejszego po kąpieli jak wcieranie balsamu w gładką skórę, która wręcz go chłonie jak gąbka. Uważam, że peelingi nie są produktami, w które trzeba inwestować i zazwyczaj sięgam po te z niższej półki. Tym razem padło na nowość (poprawcie mnie jeśli się mylę, ale pierwszy raz zobaczyłam ten produkt w drogerii) od Alterry, peeling w wersji pomarańcza i cukier trzcinowy. Kupując go miałam w głowie niepochlebną recenzję Rodzynki na temat peelingu w wersji żurawina i figa, ale pomyślałam, że skoro dali coś nowego to pewnie będzie zupełnie inne. Za tubkę o pojemności 200ml zapłaciłam 9zł.


Peeling pachnie identycznie jak alterrowy żel pod prysznic z kwiatem neroli. W dalszym ciągu utrzymuję, że to zapach 7-upa, który bardzo mi się podoba :) Niestety, jego właściwości peelingujące pozostawiają wiele do życzenia. Przede wszystkim to, żeby w ogóle takie się pojawiły, ponieważ peeling ten nie ściera praktycznie nic. Jest to zwykły żel pod prysznic z drobinkami, które ekspresowo się rozpuszczają na skórze. Widząc opakowanie jakoś ubzdurałam sobie, że kupuję peeling cukrowy, nic bardziej mylnego. Konia z rzędem temu, kto doszuka się peelingujących drobinek na poniższym zdjęciu:


Także chciałam peeling a mam żel pod prysznic. Grunt, że przynajmniej ładnie pachnie ;) Chyba grzecznie wrócę do peelingów z Joanny, które choć małe, chemicznie pachnące przynajmniej dawały czadu pod prysznicem ;)

Standardowo proszę o podanie Waszych peelingowych faworytów :)

Skład: Aqua, Alcohol, Glycerin, Coco-Glucoside, Xanthan Gum, Glyceryl Oleate, Silica, Sucrose, Disodium Cocoyl Glutamate, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Parfum, Limonene, Sodium Cocoyl Glutamate, Sodium Citrate, Citric Acid.

niedziela, 10 lutego 2013

Peeling Wellness Beauty algi morskie i minerały

Podobnie jak wiele innych dziewczyn dostałam jakiś czas temu paczkę z rossmannowskimi produktami. Jednym z nich był peeling z serii Wellness Beauty, wersja algi morskie i minerały. Kosztuje około 12zł za 300g więc cena wypada standardowo jak na tego typu produkty.


Zacznę od tego, że od początku miałam wrażenie, że jest to szklany słoik, dopiero go zużyłam cały produkt zorientowałam się, że to plastik. Nie wiem na czym to złudzenie polegało, ale teraz może inni nie będą się tak stresować, że mają szklany słoik w mokrych, śliskich łapkach...


Po otwarciu wieczka (z którym mogą być problemy w wannie ;)) w nos uderza nas bardzo świeży, męski zapach. Mnie on jak najbardziej przypadł do gustu, choć wiem, że sporo osób nań narzeka. Czytałam o porównaniach do tanich wód po goleniu jednak moim zdaniem aż tak źle nie jest, ba może się podobać. Najlepiej oczywiście sprawdzić samemu :)


Peeling jest na bazie soli i jak już miałabym się do czegoś przyczepiać to właśnie do tego. Powód jest prosty, wolę cukrowe :) Przy peelingu solnym każde najmniejsze podrażnienie boli, szczypie, piecze itd. Akurat ja należę do dzieci wojny, które zawsze są jakoś poobcierane i sól skutecznie przypomina mi o tym, że tam gdzieś mnie coś boli. 

Sam peeling należy raczej do tych średnich, jednak należy pamiętać, że ja się często traktuję szczotką z rossmanna i pojęcie mocne tarcie jest dla mnie względne ;) Sama aplikacja jest przyjemna, nie wyślizguje się z dłoni, nie rozpuszcza za szybko. Po prostu jest okej. Jakby był z cukru to kupiłabym go z pewnością, tak mam pewne wątpliwości :(

Nie sposób też nie wspomnieć o tłustej warstwie, którą peeling pozostawia na skórze- te z Was, które tego nie lubią niech trzymają się lepiej od niego z daleka ;) Dla mnie to nie problem, choć i tak zawsze dodatkowo nakładam na skórę balsam- mam wrażenie, że takie popeelingowe nawilżenie jest niesamowicie złudne i trwa dopóki nie nałoży się pidżamy czy wejdzie pod kołdrę ;)

Jak widać na zdjęciu obok jestem mistrzem recyklingu i znalazłam zastosowanie dla pustego pudełeczka :) Sam produkt uważam za warty polecenia, ale pamiętajcie: sól i podrażnienia to nie jest zgrana para ;)


Skład: Skład: Maris Sal, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, Porphyra Umbilicalis Powder, Tocopherol, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Aqua, CI 42051, CI 19140. 

poniedziałek, 28 maja 2012

Peeling enzymatyczny- to działa!

Cześć Dziewczyny! Witajcie w ten pochmurny poniedziałkowy poranek. Jak widzicie po tytule dzisiejszego postu dokonałam ostatnio małego odkrycie w kwestii peelingów ;) Wszystko zaczęło się od tego, że w pierwszej paczce, którą dostałam od Lirene znalazłam saszetkę peelingu enzymatycznego. Żeby nie oceniać produktu po jednej saszetce sprawiłam sobie jeszcze dwie kolejne, ich cena oscyluje w granicach 3zł za saszetkę wystarczającą na dwa użycia. Już kilka razy robiłam podejścia do peelingów enzymatycznych, jednak zawsze miałam wrażanie, że nie robią one kompletnie nic na mojej twarzy...

Gęsty, białawy płyn, który intensywnie pachnie owocami dość szybko zastyga na twarzy. Później trzeba się nieźle namachać, żeby zmyć go z twarzy, mogę stwierdzić, że właściwie to jego jedyny minus ;) No co tu dużo pisać, on działa :) Faktycznie delikatnie wygładza skórę, jednak nie jest to takie samo uczucie, jak po peelingu mechanicznym.  

Skóra jest po nim miękka, wygładzona, ale jednocześnie nie ma na niej żadnych wysuszeń czy podrażnień. Zużyłam już trzy saszetki tego produktu i za każdym razem byłam z niego bardzo zadowolona. Myślę, że to świetne rozwiązanie dla naczynkowców lub właścicielek wrażliwych skór, choć przyznam szerze, że sama będę po niego z chęcią sięgać :) Nie przepadam za kosmetykami w formie saszetki, ale taki peeling to świetne rozwiązanie na wyjazd :) Po tych saszetkach nabrałam ochoty na kolejne peelingi enzymatyczne, jeśli znacie jakieś godne polecenia napiszcie proszę w komentarzach :) 


Te różowe saszetki z pewnością pojadą ze mną na wakacje, jednak w domu wolałabym coś z tubki ;)


Pozdrawiam Was serdecznie, mam nadzieję, że za oknem zaraz się przejaśni, mam dziś do załatwienie wiele spraw na mieście i nie chciałabym skakać między kałużami :)

sobota, 19 maja 2012

Piękne stopy za pięć złotych

Przy okazji tagu siedem grzechów głównych mogłyśmy się przekonać, że najczęściej pomijaną częścią ciała w przypadku pielęgnacji są stopy. Nie u mnie ;) Przyznam szczerze, że bardzo lubię zabiegi upiększające moje stópki, pewnie dlatego, że wypracowałam sobie idealny (przynajmniej dla mnie) sposób dbania o nie. Co więcej, wszystkie kosmetyki, których do tego używam są śmiesznie tanie- w większości kosztują w granicach 5zł. 


Zacznijmy od kąpieli. Do miski leję ciepłej wody i wsypuję nakrętkę soli do kąpieli z BeBeauty. Jej koszt to około 4zł za sól wystarczającą na kilka miesięcy. Moje ulubione warianty zapachowe to lawenda i pomarańcza. Sól poza zmiękczeniem wody, nadaniem jej zapachu i koloru nie robi nic pielęgnacyjnego, ale sprawia, że cały zabieg jest o wiele bardziej przyjemny :) Ostatnio zaczęłam też dolewać do kąpieli kilka kropli olejku Babydream- stópki są dzięki temu jeszcze bardziej mięciutkie i milutkie w dotyku :)

Po wymoczeniu stóp przez kilka-kilkanaście minut sięgam po tarkę do stóp firmy Fuss Wohl. Kupiłam ją w rossmannie za mniej niż 5zł i wolę ją o wiele bardziej niż tradycyjne pumeksy. Z jednej strony tarka jest grubo ziarnista, druga delikatniejsza. Świetnie radzi sobie z wszystkimi zgrubieniami powstałymi na stopach podczas chodzenia, a przede wszystkim wygodnie siedzi w dłoni ;)

Na koniec sięgam po peeling do stóp BeBeauty. Bardzo go lubię, świetnie radzi sobie ze ścieraniem naskórka z wierzchniej części stopy. Należy jednak pamiętać, że taki produkt nie zastąpi nam pumeksu czy tarki do stóp i nie ma co od niego oczekiwać wygładzenia mocno zaniedbanych pięt. To raczej taka wisienka na torcie w pielęgnacji, która przygotowuje stópki do dalszych zabiegów. Obecnie stosuję peeling z Synergene, który wg producenta miał się nadawać do wrażliwej skóry twarzy, moim zdaniem nadaje się tylko na stopy...


Jeśli chodzi o nawilżenie po takim zabiegu moczenia i peelingowania niezawodny jest balsam w kostce z mydlarni Tuli. Praktycznie wykończyłam już drugą kostkę i jestem zachwycona jej działaniem. Genialnie stopy nawilża, a nie tylko natłuszcza jak to wiele produktów tego typu ma w zwyczaju. Jestem nią oczarowana i polecam każdemu. Cenowo nieco się wybija spośród podanych wyżej produktów, ponieważ kosztuje w granicach 10zł, jednak i tak warto ;) Kostka taka starcza na bardzo długo i rewelacyjnie służy nie tylko na stopy ;) Po dokładnym nasmarowaniu nakładam na stopy skarpetki i po kilku godzinach mogę się cieszyć efektem domowego spa ;)

Pamiętam też o nawilżaniu stóp codziennie przed pójściem spać. Często sięgam po kremy do rąk, które niekoniecznie się u mnie sprawdziły. Na zdjęciu widzicie kremy z Lirene i BeBeauty, ten pierwszy ma nawet problemy, żeby nawilżyć mi stopy, z kolei ten drugi jest bardzo dobry, jednak zbyt długo się wchłania jako krem do rąk. Ogólnie biedronka rządzi w mojej pielęgnacji stóp ;)

W okresie wielkich upałów z chęcią sięgam po żel chłodzący do stóp z Fuss Wohl. Kupiłam go za nie więcej niż 5-6zł. Co tu dużo mówić, rewelacyjnie chłodzi, rześko pachnie i przynosi ulgę zmęczonym stópkom. Wiele firm ma podobne w swojej ofercie, do tego się jakoś wybitnie nie przywiązałam ;)

Moim zdecydowanym ulubieńcem jeśli chodzi o codzienną pielęgnację stóp jest głęboko odżywczy krem do rąk i stóp  Ziaja. Produkt ten jest dość tłusty, długo się wchłania, ale stosowany regularnie na noc przynosi świetne efekty. Skóra nie dość, że jest sama z siebie lepiej nawilżona to ma mniejsza skłonności do rogowacenia. Jego kosz to jedyne 5zł. Zamiennie zdarza mi się stosować oliwkowy krem do twarzy z Ziai, który również radzi sobie z nawilżeniem stóp na medal :)

Zabawy z moczeniem stóp w misce uskuteczniam raz, dwa razy w tygodniu, przy okazji maluję paznokcie u stóp. Dzięki temu, że dbanie o nie weszło mi w nawyk lato mnie nie zaskoczyło i od razu mogłam wskoczyć w sandałki czy japonki. Gorąco Wam polecam znalezienie takiej chwili dla swoich stóp, w międzyczasie sama często nakładam maseczkę na twarz i małe domowe spa gotowe :) Jak widać wszystko może się udać totalnie małym kosztem ;)

wtorek, 15 maja 2012

Peeling kawowy na czysto!

Koniec semestru jest dla mnie od zawsze równoznaczny z poruszaniem się w oparach kawy. Kilka miesięcy temu dostałam od Mydlarni Tuli produkt, który zbawienną moc kawy pozwala mi wykorzystać nawet pod prysznicem. I nie, nie popijam sobie z kubeczka podczas mycia głowy ;) Za pomocą kawy ujędrniam sobie to, co najjędrniejsze nie jest ;) 

Pewnie większość z Was słyszała o peelingu kawowym. Sama od czasu do czasu się na niego kuszę, bo to dobry zdzierak. Niestety, z natury jestem leniem i gdy mogę sięgnąć po coś, co nie wymaga większego przygotowania wybieram właśnie to. Dlatego, gdy mam do wyboru peeling kawowy robiony poprzez zabawę z parzeniem kawy lub sięgnięcie po mydełko z zatopionymi drobinkami kawy, bez wahania korzystam z mydełka.


100g kostka kosztuje na stronie mydlarni 10zł. Fanki zapachu kawy będą zawiedzione, ale niestety nie ma ono praktycznie żadnego zapachu. Właściwie to jedyna jego (i to dość wymuszona) wada ;). 


Mydełko fantastycznie zdziera martwy naskórek. Skóra po jego użyciu dosłownie chłonie wszelkie balsamy nawilżające. Dodatkowo jest niesamowicie wygodny w użyciu- myjemy się niczym zwykłym mydłem, a peeling robi się sam :) 


Na powyższym zdjęciu widać drobinki, które intensywnie masują naszą skórę. Choć wyglądają niepozornie, to nie dajcie się zwieźć! ;) Potrafią porządnie wykonać to, co do nich należy ;) 

Wielkim plusem zabawy z tym peelingiem jest też to w jakim stanie po kąpieli jest wanna/brodzik. Nie ma tego sajgonu, który możemy obserwować w przypadku zabawy z domowej roboty peelingiem kawowym ;) 

sobota, 21 kwietnia 2012

Pomarańczą w pomarańczową skórkę czyli peeling od Lirene

Niecały miesiąc temu otrzymałam od Lirene paczkę, w której znalazłam cztery produkty pomocne w walce z cellulitem. Niestety, ten który najbardziej mi się spodobał okazał się być najmniej wydajny. Mowa o antycellulitowym peelingu myjącym o boskim, pomarańczowym zapachu. Tubkę o pojemności 200ml możemy dostać w większości drogerii za cenę około 12zł. 

Moje stałe czytelniczki wiedzą, że nie jestem fanką peelingów do ciała w postaci różnego rodzaju kremów, żeli itp. Mam swoją cudowną peelingującą szczotkę, która działa lepiej niż wszystkie mazidła razem wzięte ;) Jednak peeling Lirene sprawił, że moja wiara w moją szczotę została zachwiana ;) 


Pozwolę sobie pominąć wszystkie pseudonaukowe opisy w stylu, że poprzez pobudzenie mikrocyrkulacji ujędrnia skórę i nadaje jej elastyczność i odwołam się do jednego stwierdzenia, które w 100% opisuje możliwości tego produktu: zwiększa skuteczność kuracji antycellulitowych. 

Jak wiadomo bez odpowiedniego szorowania z pomarańczową skórką wiele nie zdziałamy. Osobiście lubię mocne zdzieraki i ten produkt jest właśnie taki. W gęstym żelu zatopiona jest cała masa drobinek przypominających cukier. Nie rozpuszczają się przy pierwszym kontakcie ze skórą, dzięki czemu można sobie zafundować konkretny masaż. Po jego użyciu skóra jest wygładzona i wręcz spija każdą dawkę balsamu. Na szczęście nie ma mowy o żadnej lepkości po użyciu. Dlatego cieszę się, że miałam okazję przez pewien krótki czas używać właśnie jego, intensywny pomarańczowy zapach sprawia, że od razu mam lepszy humor :)


Niestety jedynie siedząc i peelingując się cały czas możemy co najwyżej nabawić się popękanych naczynek, bez ruchu, odpowiedniej diety cellulit sam z siebie się nie zmniejszy. U mnie skórka pomarańczowa się zmniejszyła, ale codziennie ćwiczę i dbam o to, co jem. 

Na początku napisałam, że myślałam, że przerzucę się z mojej szczotki na ten peeling. Nie stanie się tak jednak, pewnie za jakiś czas kupię jego opakowanie, jednak nie będzie to stały związek. Powód jest jeden- strasznie słaba wydajność. Wczoraj, po równych 3 tygodniach używania wycisnęłam z niego ostatnią kropelkę. Dodam, że używałam go co drugi dzień. Opakowanie na 10 dni? Słaby wynik. Mimo wszystko uważam, że to jeden z najlepszych tego typu produktów, jakie możemy znaleźć w drogeriach w tej cenie i gorąco Wam go polecam, ze względu na działanie :)

Skład: Aqua, Polyethylene, Cocoglucoside, Cocamidopropyl Betaine, Triethanoloamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, PPG-26-buteth-26, Benzophenon-4, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Xanthan Gum, Polyquaternium-10, Benzyl Alcohol, Methylparaben,  Methyldibromoisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Limonene, Buthylphenyl Methylpropional, Linalool, CI 16035, CI 19140

czwartek, 1 marca 2012

Narzędzie tortur

Wiosna idzie wielkimi krokami i jak łatwo zauważyć ostatnio wokół nas pojawia się coraz więcej informacji na temat diet, odchudzania, ćwiczeń itp. Nic dziwnego, w końcu to świetny moment, żeby zabrać się za siebie i spokojnie do lata przemienić się w królową wszystkich plaż ;) Oprócz ruchu i poprawy nawyków żywieniowych warto też pomyśleć o naszej skórze. Bynajmniej nie chodzi mi jedynie o walkę z pomarańczową skórką, ale też o poprawę jej jędrności. Od dwóch miesięcy stosuję regularnie pewne narzędzie tortur, zwane przez producenta szczotką do masażu. Do kupienia w rossmannie za około 12zł.

Na zdjęciu wygląda niewinne, ot taki las igiełek, ale nie dajcie się zwieść! Dziad jest tak ostry, że osoby z wrażliwą skórą nie powinny nawet patrzeć w jego stronę. Na szczęście do nich się nie zaliczam i mogę spokojnie traktować uda, pośladki, brzuch oraz ramiona tym brutalem. Inaczej się go nie da określić ;) Najlepszym sposobem używania w moim odczuciu jest nalanie na daną (oczywiście wcześniej polaną wodą) część ciała sporej ilości żelu pod prysznic i szorowanie, szorowanie i jeszcze raz szorowanie. Należy pamiętać, aby iść od dołu do góry, czyli najpierw masować dolne partie ciała, następnie górne. 

Skóra po takim zabiegu jest zaczerwieniona, jednak z biegiem czasu coraz lepiej reaguje na taką zabawę. Jest niesamowicie wygładzona, wchłania wszelkie balsamy jak gąbka. Choć nie używam balsamu antycellulitowego, to zauważyłam, że po dwóch miesiącach pomarańczowa skórka wyraźnie się zmniejszyła. Z pewnością ma na to wpływ zdrowa dieta oraz ruch (pozdrawiam wszystkie fanki Jillian :D). Najbardziej jestem jednak zadowolona z jędrności skóry. Teraz aż sama chcę się łapać za uda i pupę, żeby zobaczyć jakie są gładkie, sprężyste i miłe w dotyku :)


Właśnie ta szczotka jest powodem, dla którego zrezygnowałam z peelingów. Po dodaniu wybranego żelu pod prysznic dostarczam sobie odpowiednich wrażeń węchowych, a żaden peeling wcześniej nie sprawdził się u mnie tak dobrze. Poza tym, jaka to oszczędność :)


Szczotka jest porządnie wykonana, dobrze leży w dłoni i nie wyślizguje się dzięki wygodnemu uchwytowi. Dla mnie bomba i nie chcę jej zamieniać na nic innego!


Czy choć odrobinę Was zachęciłam do tego działającego cuda potworka? ;)

piątek, 10 lutego 2012

Nie idźcie tą drogą!

Kosmetyki z serii BeBeauty są rzucane do sprzedaży seriami. Zazwyczaj wtedy jest na nie szał, któremu ciężko się oprzeć. Peeling do ciała o zapachu mango kupiłam już długo po pojawianiu się jego pierwszych recenzji. Nie pamiętałam opinii na jego temat zbyt dokładnie, jednak wydawało mi się, że miały one raczej pozytywny wydźwięk. Za opakowanie o pojemności 200ml zapłaciłam w granicach 6zł. Aż chciałoby się powiedzieć, że to interes życia...


Opakowanie bardzo mi się podoba. Jest takie apetyczne :) Produkt wydobywamy do samego końca czyli to, co lubimy najbardziej ;) Niestety sprawia trochę problemów pod prysznicem, ponieważ aż się prosi, żeby wlała się do niego woda. Mimo wszystko jest ono dla mnie atrakcyjne i gdyby nie to, że na opakowaniu właśnie kończą się zalety tego produktu, to z chęcią sięgnęłabym po niego ponownie.


Zawartość już nie wygląda apetycznie. Kolor przejrzałego jabłka nie pobudza moich zmysłów :( Zapach jest tak niesamowicie sztuczny, że aż nie mogę oderwać od niego nosa. Nie wiem, czy znacie to uczucie, że coś pachnie tak dziwnie, że aż intrygująco. W każdym razie nie jest to zapach mango i zdecydowanie nie zaliczam go do moich ulubionych woni.


Gdy rzucimy okiem na konsystencję tego cuda z bliska widać, że jest to żel z zatopionymi brązowymi drobinkami (łupinki z orzecha włoskiego). Jest on bardzo rzadki i łatwo ześlizguje się z wilgotnej skóry. Co więcej w momencie kontaktu z nią żel rozpuszcza się i pozostają nam same brązowe drobinki-łupinki. Jakby tego było mało, drobinki te są na tyle delikatne, że cały zabieg bardziej przypomina zwykły masaż skóry niż konkretny peeling. Jestem zawiedziona. Nie powiem, że liczyłam na cuda, ale na jakiekolwiek sensowne ścieranie naskórka owszem.


Choć niektóreprodukty z BeBeauty bardzo lubię tak ten peeling uważam za niewypał. Nieprzyjemny zapach oraz słabe działanie sprawiają, że nie mogę go zużyć. Zalega mi w szafce i choć wiem, że Jeszcze 2-3 użycia i będzie po nim to nie mogę się przemóc. Zdecydowanie odradzam :(

sobota, 7 stycznia 2012

Czekoladowy zawrót głowy

Peelingi do ciała odkryłam stosunkowo niedawno. Od razu trafiłam na świetny produkt, algi do mycia ciała Bielendy, oczywiście jak to często bywa, teraz nigdzie nie mogę ich znaleźć. Jednak czegoś używać trzeba i tak oto sięgnęłam po czekoladowy peeling do ciała Ziaji. Z jego dostępnością jest bardzo słabo, jednak można go dostać w internetowej aptece Dbam o Zdrowie, co więcej można w niej złożyć zamówienie i odebrać później na miejscu nie ponosząc kosztów przesyłki ;) I tak oto za 200ml produktu zapłaciłam 13zł.

Słoiczek w którym miesza peeling jest klasycznym opakowaniem dla produktów Ziaji. Jak dla mnie jest bardzo wygodne pod tym względem, że produkt możemy wykończyć do ostatniej kropli. Niestety w przypadku peelingu ma też ono swój minus- peeling na wilgotnej skórze zaczyna delikatnie się pienić i przed każdym ponownym sięgnięciem w głąb buteleczki trzeba umyć dłoń. Nie jest to najwygodniejsze, ale co poradzić- nikt nie chce mieć piany w produkcie ;)

Peeling zdziera dobrze, za tę właściwość dostałby ode mnie 4+. Na pewno nie jest to efekt tak mocny jak w przypadku Bielendy, ani nie jest to taka kiszka jak przy peelingu BeBeauty, nad którym będę płakać za kilka dni. Najbardziej lubię jednak peelingi, które mocno traktują moją skórę i z tego powodu kupiłam ostatnio szczotkę do mycia ciała, którą pokazywałam Wam tutaj

Jeśli chodzi o jego zapach, czyli to co pewnie Was najbardziej interesuje to muszę przyznać, że jestem lekko zawiedziona. Napis na opakowaniu, że produkt jest z masłem kakaowym sprawił, że liczyłam na zapach zbliżony do jakże popularnego kremu do twarzy. Nic z tego. Czekoladę czuć owszem, jednak nie jest to typowa słodka woń tylko raczej zapach gorzkiej czekolady, która mi lekko trąci marcepanem. Jednak zapach ten w żadnym wypadku nie mogę nazwać nieprzyjemnym, jest to po prostu coś zupełnie innego niż to na co liczyłam.


Najmniej jednak odpowiada mi jego wydajność. Wiem, że peelingi nie są produktami, które starczą na wieki, jednak po 4 użyciach zostało mi około 1/3 opakowania, a stosowałam go jedynie na nogi i pośladki. Jego konsystencja jest dość wodnista, przez co łatwo prześlizguje się przez palce i spada na dno wanny, co również nie sprzyja temu, żeby peeling był długowieczny. Mimo wszystko jestem pewna, że skuszę się na pozostałe dwa peelingi Ziaji, głównie z ciekawości jak prezentują się ich zapachy ;)

środa, 21 grudnia 2011

Owsianka

Jakieś 3 miesiące temu chwaliłam Wam się moim pierwszym zamówieniem z Mydlarni Tuli. Dziś pora na kolejną odsłonę produktów, które znalazłam w przesyłce, mowa będzie o peelingującym mydełku owsianka. Jego duża kostka o wadze 100g kosztuje 10zł, mała o wadze 30-50g 4zł.


Mydełko to dostałam jako gratis do zamówienia, co była bardzo miłym gestem :) Na zdjęciu widzicie małą, jeszcze nieodpakowaną z folii kostkę. Większe mają kwadratowy kształt, jednak te małe okrągłe wydają mi się być bardziej poręczne jeśli chodzi o stosowanie ich do twarzy.

Najłagodniejszy z naszych peelingów. Zmiękcza naskórek i delikatnie złuszcza martwe komórki.  Masaż pobudza krążenie i poprawia koloryt skóry. Stymuluje naturalny proces regeneracji komórek poprzez dostarczanie im cennych minerałów (m.in. potas, wapń, magnez, żelazo, mangan, a nawet cynk).
 
 
Jak widać na zdjęciu skład mydełka jest bardzo przyjazny. Nie ma ono praktycznie żadnego zapachu, a jeśli już to jest on niesamowicie delikatny, w żadnym wypadku nie można określić go nieprzyjemnym. Jeśli chodzi o jego działanie to jestem nim zachwycona. Z racji tego, że owsiane ziarenka są całkiem spore stosuję go tylko raz w tygodniu. Moja skóra jest po nim rozpromieniona, wygładzona i co najważniejsze wcale nie jest przesuszona, a przyjemnie miękka. Nietypowy kształt sprawia, że samemu łatwo można zmniejszyć lub zwiększyć intensywność ścierania naskórka. 


Tak prezentuje się mydełko po prawie 3 miesiącach używania. Początkowo ciężko mi było się na nie przestawić, jednak teraz nie zamienię go na nic innego! :) Z racji tego, że produkty z Mydlarnii Tuli bardzo mi się spodobały złożyłam już u nich kolejne zamówienie, które dotarło do mnie w ekspresowym tempie. W jego skład wchodzi kolejny balsam w kostce o kształcie róży, które recenzowałam niedawno, mydełko kokosowe oraz gratisowe mydełko z glinką czerwoną. Jestem uzależniona od mydełek!


W kolejnym zamówieniu z pewnością sprawię sobie większą kostkę peelingującą do całego ciała, jednak obecnie na półce mam 3 peelingi i ktoś też je musi zużyć ;)