Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2014

Czerwona glinka Stara Mydlarnia

Nie pamiętam już, kiedy po raz ostatnio sięgnęłam po drogeryjną maseczkę w saszetce. Moje serce totalnie skradły glinki. Zaczęło się od glinki marokańskiej Synesis, następnie rok temu, na targach kosmetycznych kupiłam trzy kolejne na stoisku Starej Mydlarni. Glinka zielona bardzo dobrze wpływała na moją skórę, niestety, była w koszmarnej konsystencji, co utrudniało jej aplikację. Biała nie robiła na mojej cerze większego wrażenia, teraz przyszła pora na czerwoną. Wraz z maseczką peelingującą do cery zanieczyszczonej Alverde stanowią ważny element mojej pielęgnacji twarzy. 


Opakowanie 120g kosztowało mnie około 10zł. Te złote torebki przypominające opakowanie herbaty sprzedawanej na wagę są fatalnym pomysłem. Patyczek, który ma je zabezpieczać łamie się dość szybko i trzeba się przerzucić na mniej elegancką klamerkę ;) Samo sięganie do opakowania jest dość niepraktyczne. Zdecydowanie wolę takie rzeczy mieć w słoiczkach. 


Glinkę rozrabiam na oko z wodą oraz odrobiną olejku. Od jakiegoś czasu całą operację nakładania maseczki przeprowadzam w czasie kąpieli pod prysznicem. Dzięki temu połowa podłogi nie jest później brudna, ogólnie przechodzi to o wiele sprzwniej. 


Sama glinka przyjemnie wpływa na moj cerę. Może i nie ma efektu WOW jak przy glince marokańskiej, ale i tak od razu widać poprawę. Skóra jest przyjemnie gładka i miękka, delikatnie rozjaśniona, a wszelkie podrażnienia wydają się być złagodzone. Takiego natychmiastowego efektu nie dawała mi żadna maseczka w saszetkach. 

Kocie jak zawsze zainteresowane
Mam jeszcze wielką ochotę przetestować żółtą glinkę oraz zieloną w lepszej formie. Pewnie skończy się to jakimś większym zamówieniem na ZSK ;) A jak jest u Was? Wolicie glinki, algi czy drogeryjne maseczki? :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Hity blogosfery, które zupełnie się u mnie nie sprawdziły

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie zestawienie kilku kosmetyków, które są szeroko zachwalane w blogosferze urodowej, a które zupełnie się u mnie nie spisały. Przyznam, że nie miałam najmniejszego problemu z doborem niechlubnej piątki. Podejrzewam, że wiele osób nie zgodzi się z moimi opiniami, jednak jestem gotowa na obronę swojego stanowiska ;) Jasną sprawą jest, że wolałabym, żeby każdy zakup okazał się być udany. Nie ma jednak co się oszukiwać, tylko dlatego, że daną rzecz polecają setki innych osób. Co mnie tak zawiodło? Zapraszam do lektury:


1. Suchy szampon Batiste- tu jestem pewna, że ściągnę na siebie gromy ;) Niestety suchy szampon robi na moich włosach więcej złego niż dobrego. Próbowałam go używać na różne sposoby i zawsze było tak samo źle. Zamiast obiecywanego odświeżenia otrzymywałam w efekcie włosy oprószone mąką, połączone w nieestetyczne strąki. Niestety, przy moich cienkich i niezbyt gęstych włosach nic nie zastąpi zwykłego mycia. 

2. Masełko do ust Nivea- nie wiem co mnie podkusiło, żeby je kupić. Fajnie, że było tanie, ale co z tego. Praktycznie nie nawilża ust tylko pokrywa je parafinową warstwą, po starciu której wargi są w wyjściowym stanie. Co więcej, zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu potrafi przesuszyć usta! 

3. Podkład Bourjois Healthy Mix- ulubieniec całego świata. U mnie się warzy, zdarzy mu się ściemnieć, podkreślić suche skórki, nieestetycznie się ścierać... Jak tylko robi się trochę cieplej to nawet nie patrzę w jego stronę, bo wiem, że będę wyglądać gorzej po jego nałożeniu niż przed... Fajne krycie tu niestety nie pomoże. Z każdym nowym testowanym podkładem widzę w nim coraz więcej wad.

4. Spirulina- zielony proszek, który miał być lekiem na całe zło świata. Ile to ja się nie naczytałam o cudownych maseczkach, które sprawiały, że twarz była jak nowa. U mnie jedynym efektem było podrażnienie skóry...

5. Szampon Garnier Ultra Doux z awokado i masłem shea- mam problem z włosami, bo choć łatwo przetłuszczają się u nasady, to są suche jak wiór na końcach. Gdy w pewnym momencie odpuściłam sobie nakładanie olejków itp. to ta różnica mocno się pogłębiła. Postanowiłam spróbować zachwalanego szamponu, który miał tak nie przesuszać moich zmaltretowanych końców. Owszem, przesuszenie ustąpiło, bo włosy były tłuste, jakby niedomyte z olejku. Włosy przetłuszczone na całej długości zaraz po myciu? Tego jeszcze nie grali ;)

Podzielcie się ze swoimi typami hitów blogosfery, które zupełnie Wam nie podeszły!

niedziela, 19 maja 2013

Stara Mydlarnia, Zielona Glinka

Podczas wizyty na wrocławskich targach kosmetycznych kupiłam trzy rodzaje glinek ze Starej Mydlarni: zieloną, białą oraz czerwoną. Od razu zabrałam się za pierwszą z nich i zdążyłam wyrobić sobie na jej temat zdanie. Dodam tylko, że za opakowanie 90g zapłaciłam 8zł, z tego co widzę była to okazja, ponieważ normalnie kosztuje blisko dwa razy tyle. Co tu dużo pisać, z jednej strony pokochałam zieloną glinkę ze Starej Mydlarni, z drugiej ma ona u mnie tak gigantycznego minusa, że raczej nie kupię jej ponownie.


Zacznę od tego, że opakowanie jest moim zdaniem fatalne. Zamykane jest na taki drucik, który po kilu zgięciach pękł i musiałam się posiłkować zwykłą klamerką. Wolałabym dopłacić kilka złotych i mieć wszystko w plastikowym słoiczku jak są pakowane np. produkty ze ZSK. Papier nie dość, ze się rwie i przeciera to jeszcze trudno się z niego przesypuje glinkę do miseczki.


Jak słusznie zauważyła Zoila, producent nie był zbyt wylewny przy opisie jak nałożyć glinkę. Sama rozcieńczam ją wodą różaną, olejkiem arganowym i zawartością kapsułek dermogal. Tutaj powinnam napisać o tym, jak wszystko pięknie się miesza, z radością nakładam papkę na twarz przy pomocy pędzelka, spryskuję ją co jakiś czas wodą różaną i jakby to ktoś powiedział, jest dosko! Oczywiście byłoby to za proste.


Konia z rzędem temu, kto rozmiesza te twarde jak skała bobki z szarej glinki. Rozgniatanie łyżeczką zdało się na nich. Myślałam, że po zalaniu płynem nieco rozmiękną, nic z tego. Wchłonęły cały płyn i dalej były cholernie twarde. Trzeba było dosłownie wytoczyć ciężkie działa i pożyczyć moździerz od mamusi, żeby cokolwiek tu zdziałać (planem B było tłuczenie glinki młotkiem do mięsa...). Na szczęście w końcu udało mi się uzyskać pożądany proszek.

Sama glinka działa rewelacyjnie. Uspokaja cerę, koi i goi pryszcze oraz lekko rozjaśnia cerę. Takie efekty są oczywiście warte walki z zielonymi bobkami, ale po co? Na rynku jest wiele innych zielonych glinek z którymi nie trzeba tak cudować, a dają podobne efekty. Nawet nie chcę myśleć o zawartości dwóch kolejnych glinek, które kupiłam, mam nadzieję, że bryłki nie są domeną Starej Mydlarni ;) Ogólnie glince zielonej mówię wielkie TAK, tej konkretnej niekoniecznie.

Zostawiam Wasz moją umazaną mordką i uciekam cieszyć się dniem wolnym od pracy (kto tak jak ja zapomniał, że dziś jest święto? :D)

piątek, 19 kwietnia 2013

Niszcz pryszcz! #3 Maseczka peelingująca do cery zanieczyszczonej Alverde

Dziś pora na kolejny post z mojej trądzikowej serii. Jest on sponsorowany przez maseczkę peelingującą do cery zanieczyszczonej od Alverde. Kupiłam ją za jakieś 2 ojro we wrześniu, skończyłam raptem kilka dni temu. 

Jak wiadomo przy cerze naznaczonej trądzikiem ważne jest zarówno złuszczanie jak i odpowiednie nawilżanie. Na mocne peelingi trzeba uważać, ponieważ mogą spowodować przemieszczanie się bakterii po całej twarzy, rozdrapywanie zagojonych już strupków i ogólnie narobić więcej szkody niż pożytku. Moim peelingującym faworytem jest korund ponieważ jego sypka forma pozwala mi na dawkowanie sobie tarcia, od bardzo delikatnego poprzez dodanie odrobiny korundu i dużej ilości żelu po bardzo mocny poprzez użycie samego korundu na wilgotną twarz. Nie o tym jednak mowa w dzisiejszym poście ;) Zmierzam do tego, że po peelingu skóra zawsze aż się prosi o jakąś maseczkę.

Maseczka pozytywnie mnie zaskoczyła, ponieważ nie spodziewałam się wiele po produkcie z drogerii. Niestety, nie jest tak dobra jak choćby glinka marokańska czy maska od Dr Ireny Eris, ale coś za coś- jej cena jest kilku(nasto)krotnie niższa. Tutaj otrzymujemy w typowej dla Alverde tubce brązową maź, która po nałożeniu powoli zastyga nam na twarzy. Spokojnie można ją trzymać z 20 minut bez niekomfortowego uczucia ściągnięcia. Co w tym czasie dzieje się z naszą skórą? Otóż wiele dobrego :)

Przede wszystkim czerwone miejsca stają się wyraźnie ukojone, pory zwężone a cała cera jest lekko rozjaśniona. Bardzo lubię to uczucie :) To uczucie ulgi jest przyjemne dla każdego, ale trądzikowcy wiedzą jak to jest kiedy wszystko piecze, boli i jest naciągnięte. 


Maska z alverde jest o tyle udana, że to hybryda peelingu i maseczki. Kiedy twarz do peelingu się nie nadaje nie musimy po niego sięgać. Po prostu podczas zmywania maseczki masujemy nią delikatnie twarz. W masce zatopione są drobinki, które są na tyle delikatne, że jeśli się nimi specjalnie nie popracuje to nie ma co liczyć na mocne tarcie ;) 
focia w lustrze w łazience musi być!
Choć przy tej masce efekty nie są tak spektakularne jak przy wspomnianych wyżej produktach to i tak bardzo przypadła mi do gustu. Jej wielką zaletą jest prostota jej aplikacji, nie ma żadnych proszków, rozcieńczania i mieszania. Nie każdy to lubi, mi to osobiście nie przeszkadza, ale przyznam, że czasem po prostu nie chce mi się bawić w małego chemika. 

Obecnie powróciłam do kapsułek Dermogal i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ktoś majstrował przy ich składzie i w ogóle już nie śmierdzą! Lubię je stosować po peelingu, nadmiar zetrzeć chusteczką i następnego dnia cieszyć się gładką buzią :)

Z chęcią poczytam o Waszych ulubionych maskach :)

sobota, 22 grudnia 2012

Spirulinowy zawód

O tym jaka to spirulina ze strony zrób sobie krem cudowna nie jest słyszał już chyba każdy. Nic więc dziwnego, że zachciało mi się tego zielonego śmierdziela. Zużyłam już całe jej opakowanie i muszę powiedzieć, że jestem głęboko zawiedziona. Pomijam już fakt, że przy pierwszym podejściu, gdy rozrobiłam ją z wodą różaną mocno mnie podrażniła (potem sięgałam już za radą koleżanki po mleko). Smród dermogalu to przy niej perfumy, serio. Miałam spore opory przed nałożeniem ją na twarz, waliła okrutnie. Do babrania się przy aplikacji przyzwyczaiłam się już przy glince marokańskiej, różnica jest tylko taka, że po jej stosowaniu widziałam genialne efekty, tutaj niczego takiego nie ma. Nakładanie na twarz śmierdzącej mazi tylko po to, żeby stwierdzić, że nie zrobiła kompletnie nic niezbyt mi się podoba. Wykończyłam ją owszem, ale z pewnością do niej nie wrócę. Może zawód byłby mniejszy gdybym nie naczytała się o niej tyle dobrego? Sama nie wiem. Przy kolejnej wizycie w aptece sięgam po dermogal i z podkulonym ogonem wracam do sprawdzonych rybek ;)

poniedziałek, 29 października 2012

Maseczki, woda różana i kolejne zastosowanie olejków czyli rozpieszczamy twarz

Dziś rano pakowałam dla koleżanki próbkę polinezyjskiej maski ściągająco-detoksykującej od Dr Ireny Eris, którą dostałam jakiś czas temu od Laboratorium Kosmetycznego Dr Ireny Eris i zaczęłam zachodzić w głowę, dlaczego do tej pory nie napisałam Wam o niej nic a nic? Żeby nie było nudno, sięgnęłam od razu po kolejne produkty, które ostatnio rewelacyjnie dbają o moją twarz i pomagają mi walczyć z jesiennym pogorszeniem stanu mojej cery. 


Oprócz wyżej wymienionej maski będzie dzisiaj o glince marokańskiej Synesis, olejku Alverde z paczulą i czarną porzeczką oraz wodzie różanej Dabur. Ale po kolei ;)


Maska od Dr Ireny Eris jest z założenia produktem luksusowym, jej cena to 99zł za 50ml czyli zgodzimy się chyba, że do najtańszych nie należy. Na szczęście jej działanie w pełni to rekompensuje. Opakowanie jest bardzo ładne, za rewelacyjny uważam pomysł wsadzenia do słoiczka gumowej nakładki, która zapobiega wysychaniu maski, szczerze- spotykam się z tym pierwszy raz i chciałabym, żeby inni producenci kosmetyków podpatrzyli ten patent ;)


Działanie? Jest świetnie! Maska bardzo pomaga w walce z niedoskonałościami. Nie powiem, żeby sprawiała, że pryszcze schodzą po jednym nałożeniu, ale pięknie zwęża pory, łagodzi podrażnienia, delikatnie rozjaśnia skórę oraz widocznie ją wygładza. Jej działanie jest widoczne gołym okiem już po pierwszej aplikacji.


Co więcej maska ma w sobie malutkie drobinki, przy jej zmywaniu chcąc nie chcąc fundujemy sobie peeling :)

Maska ta wydawała być się idealna i byłam skłonna ją kupić, ponieważ jej wysoką cenę mocno zaniża jej wydajność, jednak dostałam od koleżanki inne cudo, które sprawiło, że śmiało mogę powiedzieć, że znalazłam maseczkę idealną :) Mowa oczywiście o glince marokańskiej z Synesis

stylistka.pl

Glinka działa dokładnie tak samo jak maska Dr Ireny Eris, tylko efekty są dosłownie 3 razy bardziej intensywne. Jedyną wadą, jest konieczność samodzielnego przygotowania maski. Jedną łyżeczkę glinki mieszam z łyżeczką wody różanej Dabur oraz kilkoma kroplami olejku Alverde, dzięki temu mam nie tylko ucztę dla skóry ale i dla nosa, kocham zapach tej mikstury ;) Olejek sprawia, że glinka o wiele wolniej zasycha, dodatkowo skóra wypija z niego cenne składniki ;) Cena tej glinki to kolejno: 10zł/40g, 60zł/550g, 99zł/1220g. Na stronie znalazłam dodatkowo informację, że w przypadku złożenia zamówienia w dniu urodzin lub imienin dostajemy zniżkę 20% :)

Jak widać, wyglądam stylowo ;) Należy pamiętać, aby taką maseczkę spryskiwać czymś, może być woda mineralna, hydrolat czy tak jak w moim przypadku woda różana. Kupiłam ją ostatnio sklepie Hefly we Wrocławiu (przy ulicy Mikołaja, jest tam przesympatyczna pani, która ma dużą wiedzę na temat kosmetyków i potrafi dobrze doradzić co i jak ;)), kosztowała 13zł/250ml. Używam jej nie tylko do przygotowywania glinki ale też po prostu jako toniku i swoim działaniem pokonała nawet mojego dotychczasowego ulubieńca z Lirene. Irytuje mnie jedynie jego toporne opakowanie, niczym Staropolanki w szklanej butelce, którą pamiętam z dzieciństwa ;)

Reasumując moje maseczkowe wywody: obie maseczki są świetne. Dla tych który nie lubią się bawić w przelewanie, rozcieńczanie itp, maska od Dr Ireny Eris będzie w sam raz. Z kolei mali chemicy odnajdą się przy glince marokańskiej, która swoim działaniem wynagrodzi sajgon powstały przy jej przygotowywaniu ;)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Maseczkowe potyczki

Uwielbiam maseczki do twarzy. Zazwyczaj sięgam po nie jak mam trochę wolnego czasu i mogę bez obawy, że kogoś wystraszę paradować po domu z zieloną/brązową/czerwoną twarzą. Tym bardziej ucieszyłam się, jak dostałam od kochanej Simply dwie maseczki z Superdruga, gdyby nie ona nie miałabym okazji ich przetestować, Wyspy nie są kierunkiem moich eskapad ;)

Na pierwszy ogień (i to dosłownie, ale o tym za chwilę) poszła maseczka z ogórkiem. Ogólnie w jednej i drugiej bardzo spodobało mi się opakowanie, pani tonąca w owocach budzi u mnie jak najbardziej pozytywne skojarzenia. Całe szczęście, że tego dnia przeczytałam u kogoś o tym, jak poparzyła go maseczka z Alterry, pierwszy raz mnie tknęło, żeby zrobić sobie najpierw małą próbę, czy maseczka mi nie zaszkodzi. Nałożyłam jej odrobinę na linię żuchwy i to bynajmniej nie była maseczka a ogień piekielny pod postacią zielonej masy pachnącej ogórkiem :( Po prostu wzięła i mnie poparzyła :( W pierwszym odruchu chciałam lecieć po aparat, jednak zdrowy rozsądek zwyciężył i okładałam sobie twarz schabem bez kości prosto z zamrażarki :D Następnego dnia już nie było śladu po całej przygodzie. Jedyne co, to patrzę się jak sroka w kość na skład i dumam, co mogło mnie tak urządzić. No i nie wiem :(


Możecie sobie wyobrazić, że do maseczki w wersji owoce leśne podchodziłam jak do jeża. I niesłusznie! Po przeprowadzeniu małego testu, czy nie czeka mnie powtórka z rozrywki nałożyłam ją na całą twarz i przepadłam. Maseczka cudownie pachnie owocami leśnymi, ma kolor jogurtu o tym smaku. Znajdują się w niej małe drobinki, które delikatnie peelingują twarz podczas jej nakładania i zmywania. Po około 20 minutach na twarzy całkowicie zastyga, jednak nie powoduje nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Buzia po jej zmyciu jest wyraźne wygładzona, mamy zabiegi peeling i maseczkę w jednym :) Wszelkie podrażnienia są delikatnie ukojone. Gdyby ta maseczka była dostępna w Polsce stałaby się moim ulubieńcem :)  Tym bardziej dziwi mnie to, że jej ogórkowy brat tak na mnie podziałał. No cóż, nie ma co płakać nad tamtym, tylko się cieszyć, że cudowności z owocami leśnymi wpadły w moje łapki :) Poniżej skład:

Moje rozważania na temat tych maseczek przerwał mi przed chwilą listonosz przynosząc paczuszkę od Cammie, w której był lakier i kilka próbek. Cammie nie przypasował kolor i puściła go dalej w świat. Faktycznie nie jest to klasyczna barwa, jednak osobiście nie mogę się doczekać jak nałożę go na paznokcie. Będzie to moje pierwsza styczność z lakierem Joko, nie mam pojęcia, gdzie je we Wrocławiu kupić :( Cammie, dziękuję :)


czwartek, 16 lutego 2012

Migdał na moje serce

Moje doświadczenie z kosmetykami Perfecty jest dość ubogie. Kilka miesięcy temu opisywałam maseczkę, która totalnie się u mnie nie sprawdziła KLIK. Z tego powodu drugą maseczkę, którą miałam od tej samej firmy wrzuciłam na dno szuflady i całkiem o niej zapomniałam. Dopiero niedawno robiąc przegląd moich "skarbów" natknęłam się na nią i postanowiłam zużyć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że maseczkowy złoty graal kilka miesięcy spoczywał w mojej szafce nocnej! A jest nim wielu z Was znana maseczka Perfecty ze słodkimi migdałami i miodem, w królewskiej, złotej saszetce. Jej cena to około 3zł za 10ml, które mi starczyły na 4 obfite aplikacje.

Nie wiem dlaczego tyle czasu zwlekałam z jej użyciem. Czytałam wiele pochlebnych recenzji na jej temat, a jednak swoje musiała odleżakować. Może to i dobrze, bo maseczka jest na tyle treściwa, że w bardziej sprzyjających warunkach atmosferycznych mogłaby nie pokazać swoich wszystkich możliwości. 

Największą zauważalną zaletą tej maseczki jest to, że rewelacyjnie odżywia i nawilża skórę. Jest niczym słodkie lekarstwo na całe zło spowodowane niskimi temperaturami. Napisałam słodkie, ponieważ pięknie pachnie- jeśli macie w kuchni aromat migdałowy to będziecie wiedziały co to za zapach. Jest pogromcą wszystkich suchych skórek, podrażnień, przesuszeń.

Maseczka ta ma bardzo przyjemną konsystencję, jest ona kremowa i bardzo ładnie rozprowadza się na skórze. Używałam jej co kilka dni na noc i wiem, że odkryłam maseczkę idealną na zimę. W cieplejszym okresie może być zbyt treściwa i sprawiać, że moja skóra będzie przeciążona. Zostały mi jeszcze trzy maseczki do testów i o ile nic mnie bardziej nie zaskoczy niż ten produkt (a szczerze w to wątpię, poprzeczka jest ustawiona bardzo wysoko), to pozostanę już wierna moim ulubieńcom. Czyli złotej Perfekcie i brązowej Ziai. 


Ważną informacją jest to, że obecne opakowanie zostało zamienione. Już nie jest tak charakterystyczne, teraz maseczkę można znaleźć w mało rzucających się w oczy saszetkach- trzeba się dokładnie wczytać, żeby nie pomylić jej z inną tej samej firmy.


W składzie odnajdziemy olejek migdałowy. Ostatnio zakupiłam taki w czystej postaci i zobaczę jaki on ma wpływ na moją cerę. Migdały w kosmetykach od kilku tygodni towarzyszą mi coraz częściej i powiem Wam, że dobrze nam razem ;)

piątek, 16 grudnia 2011

Chemiczna pomarańcza


Ci, którzy czytają mojego bloga wiedzą, że nie mam szczęścia do maseczek w saszetkach. Jednak wypadałoby też wykończyć zapasy z szuflady. Niestety każdy kolejny produkt okazuje się być coraz to większym bublem. Maseczka ze Schleckera, Rilanja Care okazała się nie odstawać od tego mało chlubnego szeregu. Za podwójną saszetkę (2x7,5ml) zapłaciłam około 3zł.

Do zakupu tej maseczki zachęciły mnie owoce na opakowaniu. Wiem, że to mało sensowne wytłumaczenie, jednak spodziewałam się po rozcięciu saszetki multiwitaminowej bomby. Niestety nic takiego nie miało miejsca. Teraz już wiem, że należy czytać składy kosmetyków, a nie brać wszystko w ciemno. Nie mogę się więc dziwić, że produkt, który na samym początku listy ingredientów ma alkohol niemiłosiernie śmierdzi alkoholem...

Maseczka ma wściekle pomarańczowy kolor. Dziwne jest to, że z opakowania wylewa się jak woda, a na twarzy od razu zbija się w grudki, które ciężko rozsmarować nawet pędzlem. Przez to nakłada się ją nierównomiernie, a co za tym idzie w różnych miejscach wysycha w różnym tempie. Mówiąc krótko zupełnie nie chce współpracować i ciężko się nią operuje.

Na domiar złego, maseczka praktycznie nie działa. Nie czuję najmniejszej różnicy na twarzy przed i po jej nałożeniu. Mocna alkoholowa woń sprawia, że skóra pod oczami zaczyna mnie piec, nawet wtedy, gdy omijam te okolice. Reasumując, chemiczny skład, brak działania i toporna konsystencja skreślają u mnie ten produkt. Na szczęście mam jeszcze pół tubki świetnej maseczki peel-off z Avonu, już więcej nie będę jej zdradzać ;)

czwartek, 17 listopada 2011

Oczyszczający kwiat lotosu w tubce

Maseczki z Avonu zawsze omijałam szerokim łukiem. Zdarzyło mi się mieć dwie, z czego żadna nie przyniosła pożądanych efektów. Pierwsza była z serii Planet Spa, już nie pamiętam dokładnie jaka była jej nazwa, miała rozgrzewać. Niestety po aplikacji wydzielała tak okropny zapach, że przyprawiało mnie to o mdłości... Z kolei drugą opisałam na blogu w tej notce. Nie zrobiła totalnie nic.

Miałam jednak to szczęście, że w czerwcu tego roku wygrałam w jednym z konkursów zestaw kosmetyków i była wśród nich maseczka z serii Planet Spa, a dokładnie maseczka głęboko oczyszczająca pory "Tajski kwiat lotosu". Po moich wcześniejszych doświadczeniach z maseczkami byłam do niej sceptycznie nastawiona. Jednak już po pierwszej aplikacji bardzo się polubiłyśmy i ten stan trwa do dziś.

Maseczkę tę nakładam zawsze na twarz po wcześniejszym oczyszczeniu jej peelingiem. 5 minut wystarczy, ale z liliowego koloru zmieniła się w totalnie zaschniętą białą skorupkę. Wyraźnie widać jak szybko wysycha- pierwszy raz spotkałam się z takim efektem po nałożeniu maski i muszę przyznać, że ciekawie to wygląda :)  

Jeśli chodzi o samo działanie to również jestem z niej bardzo zadowolona. Po jej użyciu pory wyraźnie się zmniejszają, wszelkie zaczerwienienia i podrażnienia zmniejszają się. Na dłuższą metę widzę, że moje kropki na nosie powoli znikają. Uwielbiam efekt wygładzonej i miękkiej buzi, który otrzymuję po jej nałożeniu.

Na zdjęciu obok możecie zobaczyć jak wyglądam tuż przez zmyciem tego cuda z twarzy. Można kogoś przestraszyć :) 

Maseczka zdecydowanie jest jednym z moich ulubionych produktów. Pięknie pachnie, działa, jest szybka w użyciu. Efekty są praktycznie natychmiastowe- więcej do szczęścia nie potrzebuję. Jeśli chodzi o jej wydajność to też sprawuje się bardzo dobrze choć oczywiście to zależy od tego, kto ile i jak często ją nakłada. Mi wystarczy cienka warstwa raz na tydzień.

Jeśli macie dostęp do produktów Avonu serdecznie Wam ją polecam, niestety nie jestem w stanie powiedzieć ile dokładnie kosztuje- na KWC jej cena to 26zł, jednak wiadomo, że w takich katalogach zakupy robi się głównie na promocjach ;)

Miłego wieczoru! :*

czwartek, 3 listopada 2011

I znowu pudło

Po ostatnich nieudanych próbach z nawilżającą maseczką Rilanji sięgnęłam do szuflady z zapasami, bo kolejną saszetkę. Tym razem padło na głęboko nawilżającą maseczkę z Perfecty. Zawiera w sobie sok aloesowy, wyciąg z kwiatu pomarańczy i jest przeznaczona do cery odwodnionej i zmęczonej- wydawałoby się, że będzie jak znalazł, niestety pudło! W saszetce mamy 10ml i kosztuje ona około 3zł. Starczyła mi równo na 5 aplikacji.

Intensywnie nawilżająca maseczka polecana po 25. roku życia, do pielęgnacji wszystkich typów cery, a w szczególności odwodnionej, zmęczonej, o szarym kolorycie. Zawiera wyciąg z peruwiańskiego drzewa TARA, który wraz z czystym sokiem aloesowym gwarantuje głębokie i długotrwałe nawilżanie skóry. Esencja z kwiatu pomarańczy łagodzi podrażnienia, a kompleks witamin i aminokwasów odżywia komórki. Dzięki zawartości lipidów zbożowych maseczka znakomicie regeneruje skórę przywracając jej gładkość i wypoczęty wygląd. 

Maseczka ta jest produktem, który mogę opisać dosłownie jednym zdaniem- nie nawilża, a wręcz wysusza skórę. Robiłam do niej pięć podejść, za każdym razem było to samo. Po zmyciu czułam, że skóra twarzy jest mocno ściągnięta, suche skórki były widoczne o wiele bardziej niż przed aplikacją, a krem znikał jak woda na przesuszonej ziemi. Zdecydowanie nie jest to efekt, którego oczekuję od produktu głęboko nawilżającego. 

Na szczęście maseczka szybko się skończyła i z pewnością do niej nie powrócę. W zapasach mam jeszcze wersję Perfecty z migdałami- w niej pokładam całkiem spore nadzieje, jeśli również się nie sprawdzi to pożegnam się z maseczkami tej firmy.

Mam też pytanie do Was- jakie są Wasze ulubione maseczki nawilżające? Zbliża się zima, a ja dalej nie mam swojego faworyta w tej kwestii :(

Skład: Aqua, Glyceryl Stearate, Ceteareth-20, Ceteareth-12, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Dicaprylyl Ether, Hexyldecanol, Hexyldecyl Laurate, Paraffin Oil, Glycerin, Cephalins, Disodium Cocoamphodiacetate, Lecithin, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, D-Panthenol, Pyridoxine HCL, Calcium Panthotenate, Amino Acids, Imperata Cylindrica, PEG-8, Carbomer, Propylene Glycol, Caesalpinia Spinosa Oligosaccharides, Aloe Barbadensis, Citrus Dulcis, Triethanolamine, Disodium EDTA, Ethylparaben, Methylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Benzyl Salicytate, Butylphenyl Methylpropional, Hydroxyisohexyl-3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Alpha-Isomethyl Ionone, Linalool, Parfum, C.I.19140, C.I.42051.

piątek, 21 października 2011

Rilanja Care, Nawilżająca maseczka z awokado i aloesem

Niestety muszę przyznać, że mam wielkiego pecha do maseczek. Bardzo często sięgam po produkty, które nie robią zupełnie nic, skóra po ich użyciu jest w dokładnie takim samym stanie jak przed. Trafiały mi się nawet takie koszmarki, które pogarszały jej stan. Mam kilku swoich maseczkowych faworytów, jednak ciągle szukam ideału. Tym razem go nie znalazłam :(

Maseczkę Rilanja Care kupiłam w Schleckerze za 2zł. Cena jest jak najbardziej w porządku, szczególnie, że otrzymujemy w zamian dwie saszetki po 7ml. Taka ilość starczyła mi na 9 aplikacji. Sięgnęłam po wersję nawilżającą- moja buzia potrzebuje dodatkowej porcji nawilżenia w okresie jesiennym, więc ten wariant wydał mi się idealny. Po dobraniu się do środka byłam mile zaskoczona przyjemnym zapachem, nie czuć tu tak jak w przypadku masła awokado z Bielendy melona (choć muszę przyznać, że melon ten jest bardzo soczysty, aż chce się masło zjeść). Niestety zapach i wydajność to dwie pierwsze i ostatnie zalety tej maseczki, ponieważ nie spełnia swojej podstawowej roli i praktycznie nie nawilżyła mojej skóry. Co gorsza, jeśli na twarzy mamy jakieś podrażnienia (miałam lekko otarty nos od chusteczek higienicznych) to po nałożeniu maseczki zaczynają one okropnie piec i szczypać. Takie działanie bynajmniej nie wpływa pozytywnie na komfort użytkowania produktu. O wiele lepiej sprawdziła mi się maseczka miód i mleko z tej serii (choć nie powiem, żebym była z niej wybitnie zadowolona). W kolejce czeka jeszcze jedna maseczka z tej serii, tym razem peel-off, mam nadzieje, że lepiej się sprawdzi. 

Wiem, że bardzo wiele osób nie ma dostępu do Schleckera- jak widzicie w tym wypadku to doprawdy mała strata, ale niedługo opiszę produkt z tego sklepu, który totalnie mnie oczarował ;)

poniedziałek, 5 września 2011

Maseczka regenerująca z brązową glinką Ziaja

Choć jak wiecie jestem wielką fanką Ziaji, to do tej pory miałam do czynienia z tylko jedną ich maseczką. Dodam, że nie było to przyjemne doświadczenie- o moich bojach z maseczką z szarą glinką pisałam tutaj. Niedawno skusiłam się na regenerującą maseczkę z brązową glinką. Zapłaciłam za nią 1,5zł i w zamian otrzymałam 7ml produktu. Z racji tego, że do nakładania maseczek używam pędzla jedno opakowanie starcza mi na cztery aplikacje- palcami w życiu by się to nie udało ;)

Po szczegółowe informacje na temat produktu odsyłam na stronę producenta. Tutaj możecie dokładnie poczytać co ma na jej temat do powiedzenia.

Maseczka ta ma trzy główne zadania. Po pierwsze ma uzupełnić niedobór substancji odżywczych- tutaj faktycznie spełnia swoją rolę. Widzę, że po aplikacji buzia jest odżywiona i zdrowo wygląda. Zdecydowanie jest różnica między przed i po nałożeniu. Po drugie ma przyspieszyć regenerację skóry- na tym polu się nie wykazała. Na wszystko co mogłaby zregenerować na mojej twarzy nie podziałała. Po trzecie ma skutecznie wygładzić drobne zmarszczki- oczywiście nic z tego ;)

Wygląda na to, że nie spełnia wszystkich obietnic producenta. Jednak ja i tak jestem z niej zadowolona. Lubię to uczucie miękkości i wygładzenia, które daje mojej twarzy, po czterech aplikacjach widzę, że skóra jest w coraz to lepszej kondycji. Dla mnie to zadowalający efekt. 

Z takich technicznych spraw to maseczka ta ma brązowy kolor i po jej aplikacji wygląda się hmm.... no po prostu ma się brązową twarz ;) Maseczka nie zastyga na twarzy i nie ma uczucia ściągnięcia. Wraz z kakaowym masłem do twarzy stanowi ostatnio mój ulubiony duet :)

sobota, 30 kwietnia 2011

Intensywnie nawliżająca maseczka Aloes i Awokado Avon

Kolejny produkt, który kupiłam, bo była promocja. Maseczkę kupiłam razem z mgiełką z serii Avon Naturals i za obie rzeczy zapłaciłam 16zł. Wydaje mi się jednak,że na produkt, który nic nie robi to nawet te 8zł to dużo.
Co mówi producent: Intensywnie nawilżająca maseczka Aloes i Awokado Avon z kompleksem BioSeed. Sposób użycia: nakładać na twarz, omijając okolice oczu, spłukać po 10-15 minutach.

Wylewnie, nie ma co. Tak jak już napisałam wg mnie ta maseczka to produkt widmo. Niby jest, ale jakby jej nie było. Nie ma najmniejszej różnicy na mojej twarzy przed i po jej użyciu. Nakładam tylko dlatego, że lubię nakładać maseczki (choć wolałabym jednak coś z tego mieć). Zapach tej maseczki mi nie odpowiada, nie wiem czy to aloes czy awokado, ale po prostu nie podoba mi się to jak pachnie. Z tego powodu samo siedzenie z maseczką też pozbawione jest przyjemności jej wąchania ;) Za to wielkim plusem jest to, że maseczka jest w prostym, ale praktycznym opakowaniu (a o takie teraz coraz trudniej) i łatwo się ją nakłada nawet jak jest jej już mało w opakowaniu.

Maseczkę wykończę, ale już więcej nie skuszę się na żadną z serii Naturals. Wolę już kupić maseczkę Ziaji czy Perfecty w saszetce i wiedzieć, że coś się z moją buzią dzieje. A jakich Wy używacie maseczek?

niedziela, 13 marca 2011

Maseczka Ziaja oczyszczająca z szarą glinką

Wszyscy tak zachwalali maseczki Ziaji, że postanowiłam sama je wypróbować. Na pierwszy ogień poszła maseczka oczyszczająca z szarą glinką. Saszetka (7ml) starczyła mi na całą twarz (bo było napisane, żeby nałożyć grubą warstwę :P). Nie lubię nakładania czegokolwiek z saszetki, ale maseczki w większości są właśnie takie ;) Kosztowała niecałe 2zł. Opakowanie maseczki każdy zna, mój aparat jest dość wrażliwy na mocno pikselowe rysunki i nieco zmienił pani fakturę twarzy ;)
Żeby nie przepisywać jej działania wklejam zdjęcie saszetki:
I oczywiście skład, bo wiem że wielu osobom on coś mówi (ja do nich nie należę ;)):
Pachnie okropnie, jednak nie liczyłam na nic innego. Jest szara i ma w sobie sporo drobinek. Grzecznie czekałam wg instrukcji 10-15 min. W tym czasie zdążyła zaschnąć, choć nie robi na twarzy przysłowiowej skorupy, z tego co czytałam, to maseczki z Ziaji w ogóle jej nie robią ;) Podczas zmywania drobinki fajnie peelingują skórę. Niestety nie oczyszcza ona dobrze skóry. Praktycznie nie widziałam różnicy w stanie przed i po. Nie miałam uczucia, że mam gładką i miłą w dotyku skórę :( Również po zużyciu już 4 maseczek nie zauważyłam różnicy w wyglądzie mojej skóry. Lepiej oczyszcza ją zwykły żel do mycia twarzy. Skórne niedoskonałości jak były tak są (może nawet trochę ich przybyło). Co więcej, skóra zaczęła mi się od niej miejscami łuszczyć :( Tej maseczce już podziękuję, ale z chęcią skuszę się na inne z tej serii :)