Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcesoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcesoria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

Promocja!

Cześć! Dziś przychodzę z szybkim wpisem na temat fajnej wyprzedaży w biedronce. Cieszące się jakiś czas temu dużą popularnością zestawy składające się ze szczotki do mycia twarzy czy przyrządu do manicure są obecnie przecenione na 10zł!


Sama skusiłam się na clarsonic dla ubogich ;) Jestem jeszcze przed pierwszym użyciem, ale póki co, szczotka najbardziej interesuje kota ;) Dodam, że zestawy pędzelków wyglądających jak Ecotools też są przecenione na dyszkę.

 Zainteresowane? ;)

wtorek, 17 czerwca 2014

Moje pędzle

Już od dawna zbierałam się za wpis o moich pędzlach. W porównaniu z większością mam ich bardzo mało. Podejrzewam, że nie jedna osoba ma więcej pędzli do samego rozcierania cieni, niż ja wszystkich razem wziętych :D Dodatkowo, ktoś jeszcze mi je jeszcze podkrada ;)


Na poniższym zdjęciu widzicie moją całą pędzlową kolekcję szkładającą się z ośmiu (tak ośmiu, i co na to powiedzą fanki minimalizmu? :D) pędzli. Wszystkie kupiłam sama i niektóre służą mi już bliko 5 lat! 


O moje pędzle bardzo dbam. Suszę w odpowiedniej pozycji, myję delikatnie szamponem lub mydełkiem dla dzieci. Co najważniejsze, pędzle do cieni, eyelinera, pudru oraz podkładu myję po każdym jednym użyciu. Weszło mi to już w nawyk jako element porannego makijażu podobnie jak tuszowanie rzęs. Cała reszta ma fundowaną kompleksową kąpiel raz w tygodniu. Tyle tytułem wstępu, teraz przyjrzyjmy się bliżej każdemu z nich:


Pędzel do pudru Basic kupiłam w nieistniejącej już w Bielawie drogerii Schlecker jakieś 3 lata temu. Kosztował mnie 10zł i nie mogę wyjść z podziwu, że za tak śmieszne pieniądze mam tak rewelacyjny pędzel. Włosie jest zbite i idealnie nadaje się zarówno do pudrów sypkich jak i prasowanych. 


Jest malutki i idealnie nadaje się do poróżnej kosmetyczki. Przez cały czas jaki go mam zgubił kilka włosków, ale jestem pewna, że jeszcze długo mi posłuży. W pewnym momencie bardzo chciałam dokupić pędzel do pudru na długiej rączce, ale stwierdziłam, że w sumie nie mam takiej potrzeby, bo ten w zupelności mi wystarcza. 


Najnowszym pędzlem w moim zbiorze jest ten z Maestro o nr 120, wielkości 24. Kupiłam go rok temu w kwietniu na targach kosmetycznych we Wrocławiu za 30zł. Od tej pory sięgam po niego praktycznie codziennie. 


Sprawdza mi się zarówno przy nakładaniu różu, brązera jak i rozświetlacza. Pędzel uniwersalny ;) Rzadko kiedy sięgam po te trzy produkty na raz, więc nie mam problemu ze zmieszaniem odcieni. Myję go średnio co 2-3 dni i muszę przyznać, że dość często zdarza mu się zgubić jakiś włosek. Mimo wszystko i tak poleciłabym go każdemu, bo ma idealny ksztalt dla niewprawnych rąk ;)


Pędzel, którego praktycznie nie używam to ten do korektora z Ecotools. Nawet w tak małym zbiorze zdarzają się nieużytki ;) Kupiłam go przy okazji większych internetowych zakupów za jakieś 15zł, niestety albo ja nie umiem nakładać nim korektora, albo po prostu ten, który mam się z nim nie może dogadać. 


Czasem nakładam nim cień na całą powiekę, żeby było szybciej :D Szkoda, że się nie sprawdził, może przy innym korektorze będzie lepiej?


Absolutnym hitem mojego zbiorku jest pędzel do podkładu Hakuro H51. Pędzel legenda, którego nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. W 100% spełnia moje oczekiwania, kupiłam go jakieś dwa lata temu za 40zł i spokojnie mogę powiedzieć, że byly to jedne z lepiej wydanych pieniędzy na kolorówkę w ogóle. 


Myję go codziennie, czasem zdarza mu się zgubić jakiś włosek, ale to sporadyczne sytuacje. Od kiedy go mam cieszę się zupełnie nową jakościa nakładania podkładu. Gorąco polecam każdemu :)


Pędzelki z essence do cieni i eyelinera to jedne z moich pierwszych w ogóle. Kosztowały jakieś śmieszne 6-7zł i co tu dużo pisać, najwyższej jakości to one nie są ;) Nie wymagam jednak cudów od pędzla do nakładania cienia, więc nie mam z nim problemu. 


Ten do eyelinera świetnie spisywał się do żelowych w słoiczku. Niestety zarówno Essence jak i Catrice wycofały je ze swojej sprzedaży i został mi tylko pędzel ;(


Do eyelinerów w kałamarzu używam dość charakterystycznego, wygiętego pędzla z Inglota 30 T. Kosztował 20zł (dwa lata temu). Na początku miałam spore problemy, żeby nim cokolwiek namalować, ale już nabrałam większej wprawy.


Precyzyjny pędzel jest świetny do cienkich kresek. To zdecydowanie ulubiony pędzel mojego kota, najczęściej go znajduję w jego tajnej kryjówce, gdzie chowa różne rzeczy .... 


Najstarszym pędzlem w moim zbiorze jest ten dwustronny z H&M. Z jednej strony zakończny jest skośną końcowką, idealną do nakładania cienia na brwi lub rysowania cienkiej kreski.


Druga końcówka służy mi do rozcierania cieni. To właściwie jedyny rodzaj pędzla, ktory by mi się przydał. Z drugiej strony makijaże wyższych lotów wykonuję tak rzadko, że sama nie wiem, czy jest sens kupować coś nowego...


To by było wszystko :) Oprócz wspomnianego pędzla do blendowania mam ochotę na grubaska do brązera z Ecotools. Chciałabym też wypróbować słynne jajko, najlepiej w niskobudżetowej wersji Ebelin ;) Póki co, w zupełności wystarczają mi mieszkańcy mojego kubka.


Teraz czekam na komentarze o treści: jaki mogę żyć z taką małą ilością pędzli :D

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Sztuczne rzęsy Essence

Wielokrotnie pisałam o tym, że moje rzęsy same w sobie są niezbyt okazałe. Ba, po prostu są mizerne i z tego względu nie kupuję drogich maskar, bo z pustego i Salomon nie naleje ;) Po naoglądaniu się wszechobecnych zdjęć kobiet z rzęsami do samego nieba, nabrałam ochoty na podobny efekt u siebie. Na tusz nie miałam co liczyć, sięgnęłam więc na wypróbowanie po sztuczne rzęsy Essence.


Nie rzuciłam się od razu na popularne rzęsy Ardell czy Inglota, bo nie wiedziałam, czy taka zabawa w ogóle mi podejdzie. Jak się okazało, było to bardzo dobrze wydane 11zł :)


W opakowaniu znajdują się rzęsy oraz mała tubka kleju. Trochę się obawiałam jego jakości, ale nie dość, że rzęsy klei świetnie, to jeszcze nie zaschnął mi w opakowaniu, które jest otwarte już jakieś cztery miesiące. Tuż po nałożeniu na rzęsę jest biały, ale ładnie zasycha na przezroczysto. 


Same rzęsy też bardzo mi odpowiadają swoim kształtem i wielkością. Czasem mam problem z ich aplikacją, żeby były równo, ale liczę na to, że w tym przypadku praktyka czyni mistrza i niedługo będzie lepiej ;) Za pierwszym razem nakleiłam je na oko bez kreski zrobionej eyelinerem i wtedy wyglądały dziwnie. Ich czarny pasek mocno się odznaczał i całość prezentowała się po prostu źle. Teraz już mam nauczkę i bez czarnej krechy do nich nie podchodzę ;)


Tu widać, że powinnam przykleić je bardziej w stronę wewnętrznego kącika oka. Zdjęcie jest prześwietlone i ogólnie fatalne, ale tak to jest jak sobie człowiek na pięć minut przed wyjściem przypomni, że miał wszystko udokumentować.... Same rzęsy nie są jakieś ciężkie, wiadomo na początku czuć, że coś tam jest, ale po kilku minutach o nich zapominam. Śmieszne jest to, jak mocniej otwierając oko czuję, że miziam się rzęsami pod brwią :D


Moim zdaniem oczy robią fajne wrażenie z takim dodatkiem. To idealne rozwiązanie dla makijażowego beztalencia jak ja :D Wystarczy kreska, trochę brązowych cieni, rzęsy i już mamy wersję wieczorową tego, z czym śmigam na co dzień :) Myślę, że to idealne rzęsy na początek przygody z doklejaniem. Są bajecznie proste w obsłudze i całkiem solidne. Po każdym zdjęciu dokładnie je myję w płynie micelarnym i choć miałam je już wiele razy to wciąż wyglądają jak nowe ;)

środa, 4 grudnia 2013

Zalotka Sally Hansen za 10 groszy? Czemu nie!

Dziś podczas zakupów w Hebe spotkała mnie miła niespodzianka. Wybrałam sobie piękny lakier Sally Hansen Xtreme wear 140 Rockstar Pink, ostatnią sztukę. Zadowolona z siebie udałam się do kasy, gdzie miła pani poinformowała mnie, że obecnie trwa promocja, że do każdego produkty Sally Hansen można za całe 10 groszy kupić ich zalotkę. Chyba trzymają to w tajemnicy, bo nigdzie nie znalazłam informacji na ten temat ;) .


I tym sposobem mam swoją pierwszą zalotkę :) 

czwartek, 19 września 2013

Włosowa aktualizacja

Po dłuższej przerwie chciałabym Wam przybliżyć kilka produktów do włosów, które w ostatnim czasie znacząco umilały mi życie. Nie lubię mieć zbyt wielu kosmetyków do pielęgnacji danej partii ciała, w przypadku włosów potrafię się ograniczyć do szamponu, odżywki i maski. Lakier mam jeden i ten sam od ponad roku, od kiedy pozbyłam się grzywki nie jest mi on potrzebny. Ogólnie nie potrzebuję żadnych produktów do stylizacji czy ochrony przed wysokimi temperaturami- nie korzystam z suszarek, prostownic czy lokówek. Suchego szamponu użyłam raz i to bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Dlatego jak już po coś sięgam to chciałabym, żeby było przede wszystkim dobre.


Zacznę może od najświeższego produktu w mojej łazience a mianowicie odżywki Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji z olejkiem eterycznym z rozmarynu i liściem oliwnym
Kupiłam ją totalnie z braku laku podczas zakupów w biedronce! Kosztowała jakieś 6-7zł, dokładnie nie pamiętam. Wiem jednak, że było to nieco taniej niż w drogerii, w której kosztuje ona regularnie około 10zł, czyli również nie majątek. Pierwsze co od razu uderzyło mnie przy pierwszej aplikacji to rewelacyjny zapach. Bardziej kojarzył mi się on z lawendą, był lekko męski. Utrzymywał się na włosach jeszcze długo po ich wyschnięciu, bardzo lubię taki efekt. Najważniejsze jest jednak to, że odżywka nie obciążała włosów, ładnie je wygładzała. Po jej użyciu nie miałam problemów z rozczesaniem. To już druga odżywka z serii Ultra Doux, która robi na mnie duże i pozytywne wrażenie. Wersja z awokado i olejkiem karite jest powszechnie znana i lubiana, cieszę się, że trafił mi się jej równie udany, a mniej znany brat. Nie ukrywam, że mam ochotę na kolejne odżywki z tej serii :) Polecacie coś? 

Kolejnym swego rodzaju hitem okazał się być skoncentrowany szampon Pharmaceris do włosów osłabionych. Co w nim takiego fajnego? Otóż to, że nie wymaga nakładania odżywki, żeby włosy dobrze się po nim rozczesywały. Być może dzieje się tak za sprawą tego, że zgodnie z zaleceniami producenta trzymam go (a dokładnie pianę, którą wytworzy ;)) na głowie dłuższą chwilę. Pierwszy raz spotkałam się z takim wskazaniem przy okazji szamponu, ale najważniejsze jest to, że faktycznie działa. Za butelkę o pojemności 250ml zapłacimy około 25zł, nieco drożej niż przeciętny szampon z drogerii, ale ile można zaoszczędzić na odżywce? :) Swój egzemplarz dostałam od Lirene i pomimo codziennego stosowania od początku sierpnia zostało mi go niego mniej niż połowa w butelce. Jestem na tak :)

Ostatnim kosmetykiem, o którym chciałabym dziś wspomnieć jest moje wielkie zaskoczenie czyli maska 3 minute miracle reconstructor od Aussie, którą dostałam dobre pół roku temu. Nieciekawe wspomnienie zawiązane z szamponem i odżywką tej firmy zniechęciły mnie do testowania maski. Jak już jednak przyszła na nią pora to byłam w szoku, że moje włosy pokochały ją tak bardzo. Są po niej gładkie, lśniące, mięciutkie. Uwielbiam też jej zapach i fikuśne opakowanie. Wraz z szamponem Pharmaceris i odżywką Garniera (którą stosuję od czasu do czasu) stanowią rewelacyjny zespół. Już dawno moje włosy nie wyglądały tak dobrze i co więcej, nie rosły w takim tempie ;) Taki stan rzeczy zachęcił mnie do małego kombinowania z fryzurami. Opaska z warkocza, kłos na bok czy inne tego typu rzeczy goszczą na mojej głowie coraz częściej. Oczywiście wciąż najbliższy mojemu sercu jest kok na cebulkę :D postanowiłam jednak nieco go udoskonalić i kupiłam popularny na YT wypełniacz koka. 


Mój egzemplarz pochodzi z H&M. To najmniejszy możliwy rozmiar do włosów blond. Wraz z kilkoma wsuwkami potrafi wyczarować na głowie elegancką fryzurę w parę minut. Często dopinam do niego kwiatka, którego możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu ;) Oto jak wygląda mikrokoczek z moich ultracienkich włosów:


I pomyśleć, że włosy sięgają mi do łopatki :D 

niedziela, 14 lipca 2013

Pierwsza pomoc w rysowaniu kreski

Nigdy nie byłam ekspertem w rysowaniu kresek. Czasem wyjdą ładnie, czasem paskudne. Zazwyczaj jak mi zależy, żeby było wszystko równo to jest ta druga opcja, oczywiście krechy machnięte od niechcenia zazwyczaj wyglądają lepiej niż te, nad którymi siedziałam godzinami. No nieważne. Niby nauka czyni mistrza, jednak lata malowania doprowadziły mnie do tego, że bez odpowiedniego osprzętu nie mam się za co zabierać ;)


Podstawą jest dobry pędzelek. Moim pierwszym był ten z essence, nie dość, że bardzo tani to powszechnie dostępny- w sam raz na początek. Nie mówię, że z czasem stałam się bardziej wymagająca, bo pewnie gdyby nie YT i blogi to w życiu bym nie usłyszała o moim drugim i jak do tej pory ostatnim pędzlu do eyelinera czyli skośnym 30T z inglota. Choć potrzebowałam chwili, żeby załapać jak go trzymać to teraz nie wyobrażam sobie kreski bez niego. Jakoś lepiej leży w ręce niż ten z essence, jest bardziej precyzyjny. Tego pierwszego oczywiście nie wyrzuciłam, używam go codziennie do podkreślania brwi.


Pędzelek sam jednak kreski za nas nie namaluje. Czasem ręka zadrży i katastrofa gotowa. Tutaj moim odkryciem ostatnich miesięcy są waciki kosmetyczne z rossmanna. Kupiłam je za mniej jak 2zł, a są po prostu niezastąpione przy poprawkach, sprawują się o niebo lepiej od swoich klasycznych, niewyprofilowanych braci. 


Gdy mam już pędzelek i wacik to mogę spokojnie sięgać po ulubiony eyeliner. Jest nim bezapelacyjnie żelowy z essence. Prawie wykończyłam wycofany już brązowy odcień i z pewnością wrócę po jego czarnego brata. Wiem, że nie wszyscy za nimi przepadają, ale przecież najważniejsze to znaleźć coś w sam raz dla siebie, czyż nie? ;)


Jakbym miała wybierać między cieniami do powiek a eyelinerem to bez mrugnięcia wybrałabym eyeliner :) Jednak z kreską na oku czuję się najlepiej.

A jak jest u Was? 

poniedziałek, 8 października 2012

Grzebień The Body Shop

Dziś chciałabym przedstawić Wam grzebień, z którego zalet nie zdawałam sobie sprawy dopóki go gdzieś nie zapodziałam ;) Mowa o grzebieniu z szeroko rozstawionymi zębami z The Body Shopu. Kosztował niewiele, bo 16zł (choć w sumie może się wydawać, że jak na grzebień to wiele, ale zaraz poczytacie o jego zaletach ;)). Podobno są problemy z jego dostaniem, ponieważ nie zawsze jest na stanie. 


Mogło by się wydawać, że po co mi (czyli osobie posiadającej mało, w dodatku bardzo cienkich włosów-jak niemowlak ;P) taki gadżet. Powód jest prosty- potrzebowałam czegoś do torebki,. Przez większość czasu noszę włosy rozpuszczone, które latają we wszystkie strony na wietrze. Ten grzebień pozwala mi ułożyć wszystko na swoim miejscu w dosłownie kilka sekund. Jego największą zaletą jest to, że nie elektryzuje włosów jak to inne grzebienie mają w zwyczaju.


Użyty na mokre włosy radzi sobie z ich rozczesaniem, jednak większe kołtuny mogą stanowić dla niego problem. Od tego mam jednak moją szczotkę Tangle Teezer, której zastępcy nie szukam ;)


Kolejnym równie dużym plusem jak ten pierwszy jest to, że genialnie sprawuje się przy nakładaniu maseczki na włosy. Już jakiś czas temu zaobserwowałam, że maseczka "wczesana" grzebieniem spisuje się lepiej niż ta po prostu wklepana we włosy ;)



Jak widać grzebień jest kieszonkowych rozmiarów. Nie jest to must have i choć nawet w najmniejszym stopniu nie zagroził mojej miłości do szczotki Tangle Teezer to używam go z przyjemnością ;) Zarówno do nakładania maseczek jak i do ogarniania włosów poza domem.

Teraz tylko rodzi się pytanie: gdzie on u diabła się podział?!

środa, 3 października 2012

Olejek Babydream i masujący pomocnik od Lirene

Cześć Dziewczyny :) Idąc za ciosem postanowiłam napisać kilka słów na temat kolejnego produktu z założenia przeznaczonego dla dzieci. Olejek Babydream dostałam od Natalii, jednak nie jest to produkt trudny do zdobycia, znajdziemy go w praktycznie każdym rossmannie, co więcej obecnie jest w promocji ;) Stanowi on dla mnie nierozłączny duet wraz z rękawicą masującą, którą dostałam w jednej z paczek od Lirene. Niestety nigdzie nie widziałam jej w sprzedaży lecz zdobycie podobnego modelu jest bardziej niż proste ;)


Choć wiele włosomaniaczek namiętnie wciera ten olejek we włosy to mi ten sposób korzystania z niego nie przypadł do gustu. Wolę kokosową Vatikę czy olejki Alterry. Za to Babydream jest u mnie niezastąpiony podczas kąpieli! Kto raz zacznie wcierać w siebie olejki pod prysznicem z pogardą będzie później patrzył na balsamy do ciała ;) 

Szał na podobny produkt, oliwkę Hipp już dawno za nami, jednak podejrzewam, że z nadejściem sezonu jesień/zima produkty takie przeżyją swój renesans. Nie ma nic przyjemniejszego niż nasmarowanie ciała oliwką będąc jeszcze pod ciepłym prysznicem, aby później cieszyć się gładką i miękką skórą cały dzień. Nakładanie olejku na wilgotną skórę sprawia, że nie odczuwamy później tej charakterystycznej dla mazideł o takiej konsystencji lepkiej warstwy. 

Żeby pod prysznicem nie było mi za nudno to poza oliwką sięgam po rękawicę z masującymi wypustkami.


Przy jej pomocy udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym- masaż skóry, dokładne rozsmarowanie olejku, świetne nawilżenie skóry- a to wszystko jeszcze w ciepełku prysznica :) 

Teraz już rozumiem skąd taki szał na takie produkty ;)

piątek, 13 lipca 2012

Wszystko o moich włosach

Cześć Dziewczyny! :) Na wstępie chciałabym Was przeprosić za moją prawie tygodniową nieobecność w blogosferze. Zaczęłam pracę w księgarni i codziennie przez ręce przewijają mi się tysiące książek, jak wiadomo w centrach handlowych godziny pracy są od 9-21, więc po takim maratonie nie mam siły na nic ;) Na szczęście pracuję z bardzo sympatyczną ekipą, zadania, które mam do wykonania nie są bezsensowne jak to często mi się zdarzało w poprzedniej pracy, co również motywuje mnie do działania :) Tyle słowem wstępu, zapraszam Was na długi post zbiorczy dotyczący wszystkich produktów, które używam do włosów. 

SZAMPON
Podstawowym produktem w przypadku włosów jest szampon. Przyznam się szczerze, że nie przywiązuję do niego największej uwagi, ważne jest, aby dobrze mył włosy, nie obciążał ich i nie powodował łupieżu. Jakiś czas temu kupiłam wielką butlę szamponu z Garniera drożdże piwne i owoc granatu, który w przypadku moich super cienkich włosów okazał się być strzałem w 10! Butelka ta jest już na wykończeniu, ale z pewnością kupię następną, obecnie zmieniła się jej szata graficzna i znajdziemy ją z napisem ultra doux (o ile dobrze pamiętam). Szampon ten dokładnie myje moje włosy, radzi sobie ze zmywaniem olejów, pięknie pachnie, włosy nie są po nim oklapnięte. Tyle wymagam od szamponu i ten dokładnie się z tego wywiązuje. Do tego jest bardzo tani, dużą butlę 400ml bardzo często widuję na promocjach poniżej 10zł. 

ODŻYWKI

Chyba nikt nie będzie zaskoczony tym, że w moim zestawieniu znalazła się śmiesznie tania odżywka z Isany z olejkiem babasu. Co tu dużo pisać, jest świetna. Rewelacyjnie wygładza moje włosy, nie mam najmniejszych problemów z rozczesaniem ich. Szczotka wchodzi w nie jak w masło :) Zużyłam już dwie butelki, kolejne stoją w zapasie, kupuję od razu kilka jak jest w promocji, taki ze mnie chomik ;)

Drugą odżywką, którą z niewielkimi przerwami stosuję jeszcze od czasów liceum czyli już kilka dobrych lat, jest balsam nawilżająco regenerujący z Joanny. To moje pierwsze opakowanie w nowej szacie i powiem Wam, że wolałam starą wersję. Tutaj za każdym razem wylewa mi się za dużo produktu, a do moich krótkich włosów potrzebuję do doprawdy kropelkę. Odżywka ta jest bez spłukiwania i ratuje mnie gdy nie mam czasu na nakładanie olejków (tak jak w tym tygodniu). Nie nakładam jej u nasady włosów tylko na długość i nadaje im miękkości i ogólnie poprawia ich stan. Jest to produkt powszechnie znany i lubiany. 



OLEJE

Też uległam nakładaniu olejków na włosy. Moimi dwoma najulubieńszymi są kokosowy z Vatiki oraz granat i awokado z Alterry. Jeden i drugi działają u mnie cuda, co więcej kocham ich zapachy! Wiem, że część z Was uważa je za śmierdziele, ale dla mojego nosa oba są super :) Nie będę tu się na ich temat rozpisywać, bo ich dobroczynne działanie jest powszechnie znane. Dodam, że olejki nakładam zawsze na 3-4h przed myciem głowy, pozostawienie ich na całą noc mocno przeciąża mi skórę głowy. Myślę, że za jakiś czas stworzę na ich temat osobny post, tymczasem chciałabym przestawić Wam olejki, które również używam, ale nie dały one tak spektakularnych efektów.






Olejek Babydream użyłam na włosy zaledwie kilka razy. Krzywdy mi on nie zrobił, ale zabrakło tego efektu wow, który miałam po wyżej wymienionych produktach. Mimo wszystko bardzo lubię ten produkt i mam dla niego szereg innych zastosowań ;)

Olej ze słodkich migdałów kupiłam, aby nakładać go na twarz, niestety mocno mnie zapychał. Postanowiłam go nałożyć na włosy i też nie do końca się sprawdził, włosy były po nim mocno oklapnięte, choć faktycznie miękkie w dotyku. Niestety wyglądały na nieświeże... Odstawiłam go w kąt i używałam sporadycznie do innych celów, ale pewnego dnia doznałam olśnienia, o którym przeczytacie poniżej ;)

Kolejnym olejkiem, który nie do końca przypadł mi do gustu jest olej migdałowy z vatiki. Jego odlewkę dostałam go od Natalii razem z olejkiem babydream i dwoma kosmetykami, o których wspomnę poniżej. Choć działa świetnie to ma zabójczy zapach od  którego automatycznie boli mnie głowa. Postanowiłam więc zmieszać go pół na pół z olejkiem ze słodkich migdałów i taka mieszanka sprawdza się całkiem nieźle.


Zabawa z olejkami ma dla mnie jeden wielki minus, jeśli przestanę ich używać na dłużej niż tydzień (tak jak teraz) to włosy bardzo szybko wracają do stanu sprzed kuracji. Owszem, te które na skutek nakładania olejków mi wyrosły nie wypadły, jednak widać, że jeśli ktoś nie jest konsekwentny nawet nie ma się co za olejki brać ;)

WCIERKI

Wcierki również odkryłam za sprawą Natalii. Dostałam od niej dwie, słynny Jantar oraz wodę brzozową. O Jantarze, chyba już każdy słyszał, głównie są to same zachwyty. Moje zdanie na jego temat jest niestety zupełnie inne. Niedawno wykończyłam całą butelkę i mogę już co niego powiedzieć na temat jego działania. 


Choć początkowo byłam zadowolona z odświeżenia, które dawał i tego, że moje włosy przetłuszczały się o wiele wolniej. Niestety nie było dane mi się tym cieszyć długo, po jakimś czasie jednak moje włosy uodporniły się chyba na ten produkt, bo w ogólnie nie było po nich nic widać. Także fajnie było przez pierwszy tydzień, ale po dwóch pełnych kuracjach trwających po trzy tygodnie efektów zero. 





O niesamowicie niewygodnym opakowaniu nie będę nawet wspominać ;) Drugą wcierką, którą również dostałam od Natalii jest woda brzozowa. Tutaj jestem w trakcie kuracji i widzę, że w przeciwieństwie do Jantaru efekty nie znikają po tygodniu :) Za jakiś czas napisze coś więcej na jej temat ;) Stosuję ją maksymalnie 3-4 dni i robię tygodniową przerwę, ponieważ zawiera ona w sobie alkohol.






MASKA + SZCZOTKA + GRZEBIEŃ

O masce wygładzającej z Ziai nie będę się zbytnio rozpisywać. Odeślę Was po prostu do mojego wpisu na jej temat. To już moje trzecie jej opakowanie i nie zamierzam przerzucać się na nic innego ;) Tangle Teezer to również produkt niezbędny w moim przypadku. Nie wiem jak mogłam przez tyle lat radzić sobie bez niego, uwielbiam po stokroć :)



Grzebień z The Body Shopu gości w mojej kosmetyczce dopiero od kilku miesięcy, ale świetnie spisuje się gdy jestem na mieście i szybko muszę ogarnąć włosy ;)

SUPLEMENTY

Nie wiem czy pamiętacie, ale jakieś trzy miesiące temu zaczęłam łykać suplement diety wyciąg ze skrzypu polnego i pokrzywy firmy Bioogrody. I wiecie co? To było jedno wielki nic! Po zjedzeniu dwóch opakowań (pamiętałam o każdej jednej tabletce) stan moich włosów, skóry czy paznokci nie uległ zmianie. 



STYLIZACJA

Tutaj będzie bardzo skromnie, ponieważ do ujarzmienia mojej krótkiej fryzury potrzebuję zaledwie dwóch produktów. Lakier do włosów Isany, koniecznie czarny oraz moje odkrycie tego miesiąca (poczynione dzięki Anuli :)) czyli guma do włosów Joanny. Jedno i drugie pozwala mi ułożyć włosy tak jak chcę bez zbędnego kombinowania :)


To wszystko :) Wydawało mi się, że nie ma tego dużo, jednak do opisania wszystkiego musiałam stworzyć małą epopeję :) Mam nadzieję, że mimo wszystko dotrwacie do końca i podzielicie się, czy znacie któryś z tych produktów :)